Rybak

Słońce powoli skrywało się za horyzont. Ptaki odśpiewywały swe wieczorne trele. Zbliżałem się do oberży Zygmunta, wyczerpany całodzienną podróżą. Podjechałem do zagrody dla gryfów. Zsiadłem z mojego wierzchowca i wpuściłem go do środka. Na prawo jakiś krasnolud dał skurczybykowi kopniaka w zad, gdyż ten miał opory przed wejściem do swojej noclegowni. Bydle przeraźliwie zaryczało, lecz nie pozostało dłużne. Brodacz odleciał dobrych parę metrów.

Otworzyłem drzwi i ledwo próg jedną nogą przekroczyłem, a Zygmunt do mnie zawołał:

- Witaj Dunkanie! Jakże się niezmiernie cieszę, widząc cię w mych skromnych progach. Potrzebuje twojej pomocy…

- Niech łaską elfów będzie z tobą gospodarzu. Porozmawiamy przy stole. Cały dzień podróżowałem o suchym prowiancie i zgłodniałem okropnie. Mam apetyt na tą twoją zupę rybną.

- Tak się składa, że nie mam. Gdybyś mnie to końca wysłuchał, wiedziałbyś, że…

- Ale się dzisiaj palisz do rozmowy. Pozwól mi chociaż usiąść, bo jestem zmęczony.

- No bo nieszczęście, mości elfie, wielkie. Rybak nie żyje. Nie ma kto dostarczać ryb na…

- Co też wać gadasz? Jak to nie żyje? Zmarł? Przecież to krzepki chłop był.

- Nie zginął śmiercią naturalną. Bagienne potwory go rozszarpały.

- To okropne. Kiedy do tego doszło?

- Jakieś dwa tygodnie temu.

- W takim razie nie wiem w jaki sposób mógłbym się przydać.

- Jak to w jaki? Trzeba go przecież pomścić.

- No dobra, przynieś co masz do jedzenia i spokojnie mi opowiesz szczegóły.

Zygmunt w końcu udał się do kuchni, a ja rozejrzałem się po sali. Garstka klientów z zaciekawieniem wpatrywała się we mnie. Było ich mniej niż zazwyczaj.

Wrócił oberżysta, niosąc bigos i piwo. Zabrałem się do jedzenia, a on rozpoczął swą opowieść.

- Do miasta przybiegł spłoszony koń rybaka, z pogryzioną łydką. Trząsł się ze strachu i był cały w pianach. Ludzie się zaniepokoili. Zebrała się grupa odważniejszych i udali się do chaty rybaka. Po drodze, na bagnach odkryli jego wóz, nieco dalej zagryziony drugi koń.

- A ciało rybaka gdzie było?

- Nie znaleźli.

- Więc jest jakaś nadzieja. Może nie zginął.

- Człowieku, czyś ty oszal…

- Jestem elfem – przerwałem mu.

- Widzę przecież! Gdzie by się to tej pory podziewał? Nie zostało nam nic, prócz zemsty.

- Gadasz od rzeczy. Musiałbym wybić wszystkie potwory, bo nie wiadomo, które to zrobiły.

Ale obiecuję, że rozglądnę się jutro po okolicy.



Przed południem dotarłem na miejsce tragedii. Miałem świadomość, że ze śladów już raczej nic nie wyczytam. Sam nie wiem na co w ogóle liczyłem. W czasie jazdy obmyśliwałem wersję zdarzeń. Rybak jechał drogą, gdy zaatakował go potwór. Stracił kontrolę nad spłoszonymi końmi, które zboczyły z drogi w kierunku bagien. Tam wóz ugrzązł w bagnie. Konie zerwały postronki. Jeden zdołał uciec. Drugi niestety został zagryziony nieopodal. I rybak też prawdopodobnie podzielił jego los.

Musiałem zjechać z drogi, ponieważ bagna były w sporej odległości od niej. Właśnie! Przecież potwory z bagien nie zapuszczają się tak daleko od swojego siedliska. Jak więc mogły zaatakować jadącą drogą furmankę rybaka? A może coś spłoszyło konie, które pognały na bagna i tam dopadły je stwory? Uznałem, że jednak ta druga wersja jest bardziej prawdopodobna.

Dostrzegłem części wozu, wystające z błota. Więcej śladów nie było. Żadnych kości, zupełnie nic.

Udałem się nad brzeg morza, gdzie rybak mieszkał. Drzwi do chaty były otwarte na oścież. 

W domu panował idealny porządek. „Tu też nic nie zdziałam” – pomyślałem. Wychodząc zauważyłem, że zasuwa, zamykająca drzwi od wewnątrz, jest złamana. Więc ktoś już zdążył dom splądrować. Ale zaraz! Przecież rybak opuszczając dom nie mógł go zamknąć od środka. Co tu się wydarzyło? Sprzeczności nie istnieją, więc musiało się wydarzyć zupełnie coś innego niż sobie wyobrażam.



- Więc co według ciebie się wydarzyło? – zapytał Zygmunt, siedząc ze mną przy stole, z kuflem piwa przed sobą.

- Nie mam pojęcia. Raczej nigdy się nie dowiemy. Gotów byłbym uznać, że zginął na bagnach, gdyby nie fakty, o których ci mówiłem.

- Wiem, martwi cie, to że potwory nie zapuszczają się tak daleko od bagien.

- Nie tak bardzo jak ta złamana zasuwa. Nie potrafię tego w logiczny sposób wytłumaczyć.

- Cóż, napijmy się chociaż piwa i zapomnijmy o porażce.



Jechałem gościńcem na zachód, nadal rozmyślając nad sprawą rybaka. Minęły już trzy tygodnie od ostatniej rozmowy z oberżystą, jednak wciąż nie zawała mi spokoju.

Nagle, gdzieś na trakcie przez sobą usłyszałem szczęk broni oraz krzyki walczących. Popędziłem gryfa. Zdjąłem łuk z pleców, nasadzając nań strzałę. Wypadłem zza zakrętu. Przed sobą zobaczyłem wóz kupiecki. Broniło go czterech najemników, atakowanych zewsząd przez bandytów. Wypuściłem strzałę w pełnym biegu. Jeden zbir padł z przeszytym gardłem. Nim pierwsza dosięgła celu, druga leciała w ślad za nią. Upadł kolejny oprych. Jeden z najemników miał trochę luzu i mógł się lepiej bronić.

Bandyci mnie zauważyli i pięciu ruszyło ku nowemu zagrożeniu. Zdążyłem wypuścić jeszcze jedną śmiercionośną strzałę. Zeskoczyłem z gryfa wyjmując brzytwę Zoltana, wysadzaną diamentami.

Pierwszy zbój zamachnął się na mnie toporem. Zanurkowałem pod wysuniętym do ciosu ramieniem. Znalazłem się tuż za nim. Nim zdążył zareagować, dostał brzytwą w nerki. Rozdziawił usta w niemym krzyku i padł. Sparowałem cios następnego i ciąłem go przez gardło.

Pozostali dwaj stali się ostrożni. Wymienili spojrzenia i jeden zaczął zachodzić mnie z boku, drugi podchodził od przodu. Pochyliłem się unikając jego ciosu, jednocześnie ciąłem przez nogi tego, który próbował dostać się za moje plecy. Upadł z krzykiem mrożącym krew w żyłach. Siła zamachu pierwszego była tak wielka, że dalej obracał się wokół własnej osi. Podniosłem się z przysiadu i wbiłem mu miecz w plecy. Podszedłem do leżącego obok i skróciłem jego męki.

Spojrzałem w kierunku wozu. Przeżyło trzech najemników. Dwóch z nich szykowało się właśnie do zadania śmiertelnych ciosów klęczącym w błocie dwóm zbójom, którzy widząc śmierć swoich towarzyszy, najwidoczniej poddali się, licząc na łaskę. Wszakże nie powinni się byli jej spodziewać.

Nie zamierzałem przeszkadzać w egzekucji. Odwracałem głowę, kiedy mój wzrok przykuł pewien przedmiot.

- Wstrzymajcie się – krzyknąłem szybko, unosząc rękę.

- Ale dlaczego? Oni nie zasługują na nic więcej – zaprotestował jeden z najemników.

- Wiem, ale potrzebuje informacji, których oni mogą udzielić. Na temat tej broni, co mają.

- Prawdy od nich nie usłyszysz. Skłamią ci w żywe oczy.

- Moja w tym głowa. Ale zajmę się nimi jutro. Trzeba ich zabrać do miasta i wsadzić do więzienia.

- Dlaczego nie zabrać się za to od razu?

- Niech to sobie wszystko przez noc przemyślą. Tymczasem przygotuje odpowiednie narzędzia. Wiecie co mam na myśli? – zwróciłem się do rabusiów.

Skinęli tylko głowami, byli zbyt przerażeni by cokolwiek powiedzieć. To tchórze. Zaatakowali, bo mieli przewagę liczebną i byli pewni zwycięstwa.

Pod płachtą na wozie coś się poruszyło i pokazała się czyjaś głowa. Po chwili moim oczom ukazała się cała postać. Był to tłusty niziołek w bogatych szatach.

- Legrento Himore – pokłonił się – Jestem kupcem. Komu zawdzięczamy swe życie?

- Dunkan monstrobójca.

- Jesteśmy ci niezmiernie wdzięczni za...

- Drobiazg – przerwałem – byłem w pobliżu i tyle.

Podszedłem do martwego zbója i podniosłem jego broń. To właśnie na nią zwróciłem przedtem uwagę. Otóż osadzone w niej były czarne perły. Była to iście potężna broń w rękach doświadczonego wojownika. Należała do rzadkości. Posiadaczami byli sławni monstrobójcy. Skąd więc takie męty ją miały? Musiałem się tego dowiedzieć.



- Musisz ich wsadzić do takiej celi, w której mógłbym ich podsłuchać – rzekłem do strażnika więziennego.

- Ale dlaczego? Uszy ci spuchną jak usłyszysz o czym takie szumowiny gadają.

- Powiedziałem im, że jutro ich przesłucham i nie zawaham się użyć tortur, żeby wyciągnąć z nich prawdę. Zapewne zechcą się naradzić w nocy.

- Muszę przyznać, że sprytnie to sobie wymyśliłeś.



Siedziałem w celi w zupełnych ciemnościach. Pewnie już od dwóch godzin. Czas dłużył się niemiłosiernie, Tymczasem dwaj delikwenci uparcie milczeli. Byli przywiązani do ściany w pewnej odległości od siebie, tak żeby nie mogli rozmawiać szeptem. Mógłbym wtedy nie usłyszeć co mówią.

Po kwadransie doszedł mnie głos:

- Śpisz?

- Nie.

- Myślisz, że mógłby nas ktoś usłyszeć?

- Nikogo tu nie ma. Cele są puste, a strażnik przy drzwiach na pewno nas nie słyszy.

- Co powiemy temu wysokiemu elfowi?

- Niech go zaraza! Gdyby nie on, ten tłuścioch i jego psy mieliby się z pyszna. Wciśniemy mu jakąś historyjkę.

- Co, że kupiliśmy tą broń od jakiegoś kupca?

- Głupiś! Takiej broni nie kupuje się ot tak na bazarze. Jest coś, w co bardziej będzie skłonny uwierzyć.

- Tak? A co to takiego?

- Powiemy, że napadliśmy trzech monstrobójców we śnie. Zabiliśmy ich, a potem wzięliśmy broń z perłami.

- Chyba nie mówisz tego poważnie! Przecież nas zabije za to.

- Zakuty łbie! Nieważne co powiemy, bo i tak zginiemy. Gdy to usłyszy nie będzie więcej pytał i zabierzemy naszą tajemnice do grobu.

- Nie chce umierać! Może okaże nam łaskę, jeśli wyjawimy prawdę?

- Co ja słyszę! Chcesz zdradzić szefa? Ten genialny plan. Uprowadzenie rybaka i upozorowanie jego śmierci na bagnach. Nikomu nawet nie przyszło do głowy, że mogło być inaczej. Kiedy nasza banda zdobędzie więcej pereł, będziemy nie do pokonania. Chcesz to wszystko zaprzepaścić, żeby ratować swoje marne życie? Zresztą nie wierze, że nas wypuszczą mimo przyznania się.

- Chcę żyć… – lamentował dalej.

Wiedziałem już wystarczająco dużo. Wycofałem się po cichu. Nie miałem ochoty wysłuchiwać jego jęków.



- Pewnie się nie spodziewacie, o co chce was zapytać.

- Przecież nam to mówiłeś. Chcesz wiedzieć skąd mamy naszą broń.

- Och, nie! Wiem to już – odparłem z uśmiechem zadowolenia na twarzy. Spojrzeli na siebie zakłopotani. Najwidoczniej nie wiedzieli co o tym sądzić. - Chce abyście wskazali mi miejsce, gdzie zmuszacie rybaka do poszukiwania czarnych pereł.

Patrzyli na mnie z przerażeniem, zupełnie zbici z tropu. Nie spodziewali się takiego obrotu sprawy. Jeden próbował coś powiedzieć:

- Ale jak… skąd? – jąkał się.

Przerwałem mu ruchem ręki.

- Wiem wszystko, nieważne skąd. Gadajcie gdzie jest rybak.

- Zabij nas parszywy elfie, a nigdy się nie dowiesz! – krzyknął ten, który gotów był umrzeć byle dochować tajemnicy i nie zdradzić szajki.

Brzytwa błyskawicznie wyskoczyła z pochwy. Klinga z prędkością błyskawicy pomknęła w kierunku szyi tamtego. W jego oczach zauważyłem zrozumienie tego co nieuchronne, jednak nie miał czasu na jakąkolwiek reakcję. Głowa – odłączona od tułowia – spadła ze stukiem na ziemię. Na ścianie pozostał krwawy łuk cięcia.

Zrobiłem to dlatego, że liczyłem, iż dzięki temu ten drugi załamie się i zacznie gadać.

Przystawiłem mu zakrwawione ostrze do piersi.

- To jak będzie? Dogadamy się czy chcesz dołączyć do kamrata?

- Błagam, nie zabijaj mnie – lamentował – Powiem wszystko.



Król dał pod moją komendę dziesięciu ludzi. Jechaliśmy północnym gościńcem, po czym skręciliśmy na drogę do domu rybaka. Po pewnym czasie odbiliśmy z drogi na północny zachód. Dotarliśmy do wybrzeża. Zbir prowadził.

- Tym wybrzeżem dotrzemy do miejsca, gdzie rybak szuka pereł. Będzie z dziesięć kilometrów stąd.

Nie ufałem mu, czułem, że coś knuje. Byłem pewny, że banda wystawiła straże. Prawdopodobnie dążył do tego, aby nas zauważyli. Mógł też kłamać co do odległości, abyśmy nie byli zbyt czujni. Dlatego rzekłem:

- Rozbijemy tutaj obóz i odpoczniemy. Kapitanie chciałbym z tobą porozmawiać.

Odeszliśmy kawałek dalej, by móc spokojnie pogadać w cztery oczy.

- Polecę na gryfie – zwróciłem się do niego – i postaram się ich wypatrzeć.

- W takim razie zobaczą i ciebie.

- Będę leciał bardzo wysoko, tak, żeby mnie nie widzieli.

- Wtedy ty też ich nie zobaczysz.

- To prawda. Ale gryf ich dostrzeże.

Wzbiłem się w powietrze i poleciałem na północ. Po trzech kilometrach gryf zaczął wydawać przenikliwe dźwięki. Wypatrzył w dole ludzi. Wiedziałem już gdzie są. Wróciłem do oddziału.

- To ruszamy, nie? – zapytał kapitan, kiedy mu zdałem raport z wypadu.

- Zaraz, chwila, nie możemy ich tak po prostu zaatakować. Mogliby zabić rybaka. Trzeba go najpierw uwolnić.

- W porządku, ty tu dowodzisz.



Skradałem się w ciemnościach, wśród traw. Gdzieś niedaleko powinny być straże, ale nie przejmowałem się tym zbytnio. Zdwoiłem tylko czujność. Na pewno zobaczę ciemne sylwetki na tle jasnego nieba, samemu będąc niezauważonym.

Nagle na tle nieba pojawił się ciemny, trójkątny kształt. Zamarłem. Co to może być? Podszedłem bliżej. Był to namiot. Odetchnąłem z ulgą. Dotarłem do obozu i nie natrafiłem na żadne straże. Może spali w trawie, a może nie wystawili żadnych straży przekonani, że odosobnione miejsce jest wystarczająca ochroną.

Ruszyłem dalej. Przy jednym z namiotów zauważyłem strażników. A więc to tam przebywa rybak. Podszedłem na tył namiotu. Przeciąłem płótno i wślizgnąłem się do środka. Kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zauważyłem na lewo śpiącą postać. Podszedłem do rybaka i zatkałem mu dłonią usta. Zbudził się natychmiast i zaczął się szarpać. Jego ruchy krępowały więzy. Szybko szepnąłem:

- Jestem tutaj by cię uwolnić. Zdejmę rękę z twoich ust, tylko nic nie mów, bo nas strażnicy usłyszą.

Ruchem głowy dał znać, że rozumie. Uwolniłem go z więzów.

- Idź za mną najciszej jak potrafisz. Jeśli się zatrzymam masz uczynić to samo.

Jak dotąd wszystko szło gładko, zbyt gładko.

Kiedy odczołgaliśmy się kawałek od namiotów zauważyłem strażnika. Rybak stąpał jak słoń. Uznałem, że nie zdołamy przejść niezauważeni.

- Zaczekaj tu na mnie i nigdzie się nie ruszaj. Muszę coś sprawdzić.

Podszedłem do strażnika i wbiłem mu sztylet w nerki. Śmiertelnie raniony, padł bez dźwięku na ziemię. Pochyliłem się, oczekując w ciszy jakiegokolwiek poruszenia. Nic się jednak nie działo. 

Nagle na prawo rozległ się krzyk:

- Rybak ucieka! Łapać go!

Jasna cholera! Co on dobrego narobił? Pewnie chciał jak najszybciej stąd zwiać i został zauważony albo raczej usłyszany.

Już się nie kryłem. Wstałem i pobiegłem w tamtym kierunku. Wartownik próbował zatrzymać uciekającego rybaka. W tyłu usłyszałem nadbiegających pozostałych zbirów, którzy się zbudzili. Dogoniłem wartownika i ciąłem go od tyłu przez plecy. Upadł martwy.

- Szybko! Za mną! – krzyknąłem do rybaka.

Przed sobą usłyszałem tupot nóg. Nadbiegali żołnierze, którzy czekali w krzakach na sygnał do ataku.

- Zabierzcie rybaka w bezpieczne miejsce – rzekłem do dwóch żołnierzy.

- Szybko na nich, póki nie spodziewają się nas – krzyknąłem do kapitana.

To była szybka walka. Zbóje nie mieli żadnych szans. Nadbiegali z myślą o złapaniu rybaka, a nadziali się na żołnierzy.



Znów siedziałem w oberży u Zygmunta.

- Wszystko dobre, co się dobrze kończy. A już straciłem nadzieję, że kiedykolwiek się stamtąd uwolnię. Dziękuję ci – rzekł rybak.

- Więc mówisz, że zamknąłeś się w domu, kiedy ujrzałeś jak się zbliżają zbóje? – zapytałem.

- Tak. Miałem nadzieję, że pomyślą, iż nie ma mnie w domu.

- Niestety nie dali się nabrać. Z pewnością zabrali potem wóz z końmi na bagna, żeby napadły ich potwory.

Zajadaliśmy zupę rybną.


Autor: Janusz Toton


Smoki Maeterii 2008-2012 All Rights Reserved
Design by WasinArt.pl