Apocalypsus cz I

I

Piętnaście lat temu, kiedy trolle wycofały się z Gór Smoczych, a krasnoludy triumfowały, do Maeterii zostało zesłane dziecko. Było ono wybrańcem Matki Ziemii, która była niezadowolona z głupoty ras myślących. Zostało ono wysłane na wyspę Agmos; miejsce opanowane przez pierwsze plemię czarnych magów oraz nieznanych dzikusów. Wyglądało niczym kometa, która spadała z nieba. Wylądowała przy wybrzeżu. Tutejszy szaman, podczas zbierania swoich roślin, natknął się na zawiniątko, a w nim znajdowało się małe dziecko. Było jednak inne, niż wszystkie. Energia, która z niego emanowała, przewyższała moce kogokolwiek na tej wyspie.
-Energia ta... potęgę ta istota ma.
Dzikus, nie wiedząc co uczynić, zabrał zawiniątko do najmądrzejszego z mądrych, proroka Feromendra, potrafiącego przybierać postać smoka. Wszedł do sali czarnych magów, która była przesycona mrokiem. Tam przechodząc został zaczepiony przez wodza ochrony plemienia...
-Khod, powiedziałem byś głowy nie zawracał prorokowi. Waszymi sprawami zajmują się niższe grupy.
-To nie jest jaka kaduła. Zobacz, co przyniosłem dowódco. Przebadaj tę moc.
-No nie wiem, trochę dziwnie się czuję jakoś. Pójdę zanieść to prorokowi. Myślę tak.
Dowódca otwiera bramę prowadzącą do proroka i wchodzi po schodach do komnaty korupcji.
-Proroku, podczas nocnego zbierania ziół, Khod natknął się na to zawiniątko. Emanuje dziwną energią. Przebadaj tę moc...
Po chwili zastanowienia...
-Chyba robisz sobie ze mnie jaja. Przychodzić do mnie z byle czym. Równie dobrze mogę sobie to przekąsić...
Feromendr zmienia się w smoka i przypuszcza atak na zawiniątko, lecz w tym momencie jego atak zostaje odbity przez tajemniczą istotę...


II

Feromendr widzi postać wielkości zwykłego człowieka, lecz zbudowanego z cząstki czystej Maeterii. Nie rozpoznaje w nim strażnika. Kamienne ściany komnaty zaczynają drżeć pod wpływem jego przybycia.
-Kim ty do diabła jesteś?
-Mówią na Ciebie najmądrzejszy z proroków. Szczerze zaczynam w to powątpiewać. Odparcie tego ataku powinno być wystarczającym dowodem, ale chyba zbyt dużo
oczekuje od istoty takiej jak ty.
-Co za bezczelność!
-Jesteś daleko poza moimi oczekiwaniami, niepoprawne bydlę.
-O cholera!
Na proroka zostaje rzucona klątwa, przez którą Feromendr w jednej chwili nie może wytrzymać wysokiego tętna, po chwili jednak ustępuje...
-Myślę, że to Cię dobitnie uświadomi. Zazwyczaj nie ściągam klątwy Azdarna z umysłu, ale zrobię wyjątek.
Pod wpływem ogromu jego mocy prorok rozpoznaje strażnika.
-Zatem jesteś jednym z czterech strażników Maeterii. To wszystko wyjaśnia.
-Nie wszystko. Nie przybyłem tu bez celu. Ta istota, powiedzmy dziecko, została wybrana przez nas na ogniwo, która oczyści ten świat w naszym imieniu. Od dziś dzień nakazane jest wam pilnowanie jej. Taką drogę dla was obraliśmy.
Po głębszym namyśleniu prorok zgadza się na to...
-Nie mamy mocy, aby Ci się przeciwstawiać. Zresztą, naprawdę byłbym głupcem kwestionując wolę niebios. To dziecię, niewątpliwie, śmiertelnym znamieniem
naznaczone jest. Wybrańcem naszym być musi. On rozwój wprowadzić może. Wiele zaklęć stworzy. Jedynie poprowadzić go naszym obowiązkiem jest. Jego moc zmarnowana być nie może...
-Gdy nadejdzie odpowiednia chwila, wrócę tu. Zrozumiecie swoje przeznaczenie, a ty ostatecznie się wyzwolisz.
Dziecku zostało nadane imię. Od tej pory dzierżył miano Apocalypsusa. Wszyscy szamani i magowie zaangażowali się w jego rozwój, lecz on czuł, że jego ambicje sięgają daleko poza ich zdolności. Od tego czasu myślał o powiększaniu mocy. Wszyscy się martwili, gdyż jego głód magii był nieokiełznany. Nie wiedzieli, w jakim kierunku ją poprowadzić. Każdego dnia próbowali szukać rozwiązania w księgach spisanych przez pierwszych proroków wyspy Agmos.


III

20 lat później, głównym szamanem zostaje Khod, jednakże nie jest już tym samym szamanem, który przyniósł Apocalypsusa do proroka. Rysy jego twarzy pokrywały liczne tatuaże, podkreślające jego dość zaawansowany wiek. Tymczasem podczas jednej z medytacji w osobistej komnacie wyrzeźbionej przez morze składa mu wizytę Azdarn.
-Hmm, jesteście ciekawymi istotami. Minęło dwadzieścia, jak to mawiacie, waszych lat, a tak się postarzałeś. Jak rozumiem, teraz to ty tutaj dowodzisz. Nazywasz się Khod, prawda?
-Czego od nas chcesz mistyczny Azdarnie? Apocalypsus już wyjątkowo uprzykrzył nam życie. Pięć lat temu w furii zamordował proroka. Przynosisz nam kolejnego wybrańca?
-Nie. Nadszedł czas, aby ta istota zaczęła podążać naszą drogą. Odegraliście godnie swoją rolę. Teraz przygotujcie go na spotkanie ze mną. Potem możecie już sobie odpocząć.
Strażnik Maeterii podaje miejsce spotkania z ich wytworem. Khod, nie zastanawiając się ani chwili dłużej, poszedł do wybrańca, który właśnie pokonał jednym pchnięciem czempiona tamtejszej areny. Był już wtedy dorosłym chłopakiem, u którego pojawiły się blizny na twarzy. Był to symbol jego pochodzenia. Dodatkowo jego oczy zyskały niebieski kolor. Było to odzwierciedlenie dla jego niezwykłych zdolności.
-Czemu oni muszą być tak słabi? Gdybym znał taką metodę, uczynił bym ich silniejszymi. To pomogłoby mi się w pełni rozwinąć.
Szybko zauważa podchodzącego do niego mistrza Khoda.
-Chłopcze, czy mógłbyś poświęcić chwilkę zmęczonemu starcowi? Jesteś jedną z najpotężniejszych istot, jakie widziałem w swym dosyć już długim życiu. Pomimo tego, nie osiągnąłeś swojego szczytu i ciągle pragniesz mocy. Dostrzegam to jako twój wewnętrzny instynkt samowzmacniania.
-I co w związku z tym, chcesz mnie umilać tymi słowami?
-Nie. Chcę Ci powiedzieć, że moc przybyła do Ciebie...
Apocalypsus od razu odczytuje wytyczne spotkania. W popołudnie przychodzi tam. Na miejscu stoi wpatrzony we wnętrze wyspy Azdarn w swej purpurowej zbroji.
-Czy ty jesteś tym, który da Mi moc?
-Nie mogę dać Ci mocy, ponieważ ty i ja już ją w sobie mamy. Ty natomiast wiesz, kim jestem. Twój umysł Ci to podpowiada.
-Wiem. Zatem co zamierzasz zrobić? Całe to otoczenie jest żałosne. Ja się nie rozwijam. Oni już dawno osiągnęli swoje limity.
-Naturalnym prawem jest to, że wygrywa istota silniejsza. Jeśli jesteś wielki, a masz do czynienia z mrówkami, to lepiej, żebyś je rozdeptał. Inaczej wykorzystają twoje słabości i ulokują się w niedostępnych dla Ciebie miejscach. Narzędzia posiadasz. Daję Ci wolną rękę... Tym razem...
Inkantuje przywołanie... Ubiór i uzbrojenie Apocalypsusa magicznie zmieniają się. Zbroja wybrańca przybiera kolory napierśnika Strażników Maeterii, natomiast w jego rękach pojawia się broń, jarząca się czerwonym światłem.
-Ciekawa broń. Trochę jakby żyła.
-To Quantum. Miecz wykonany ze srebra i przepełniony moją wolą. Dlatego przybrał czerwoną barwę. Traktuje go jako jedno z moich Insygniów, ale dam Ci go. Obyś pokazał temu światu gniew, jaki nas wypełnia.
-Ten miecz może powoływać do życia, prawda?
-Hmm, a więc zaczynasz już rozumieć naturę tego miecza. Istotnie może on powoływać do życia nowe byty. Możesz go także używać jako katalizator przyjmowanej mocy lub więzienie
Apocalypsus, nie chcąc wiedzieć już więcej, rozpoczął misję Azdarna...


IV

Atak rozpoczął natychmiast. Jednym prostym cięciem zaskoczył strażnika plemienia i go zabił. Rohn, obiecujący szaman i zarazem wojownik, widząc to, pobiegł do mistrza Khoda, żeby mu to oznajmić.
-Mistrzu Khod, obawiam się, że mamy problem.
-Apocalypsus... tym istotom w ogóle nie można ufać... Wyślę Drosha, żeby go przetrzymał.
Osobisty uczeń Khoda podchodzi na odległość 10 metrów i ciska ręką płomienia w Apocalypsusa, który śmieje się szamanowi w twarz.
-Rzekłbym w tym momencie, żałosne. Ale przez was chyba zaczynam nadużywać tego słowa. W takim wypadku... nie będę się rozgadywał
Teleportując się za plecy tnie mieczem ucznia Khoda. Mistyczny wysłannik posuwa się dalej, aż dochodzi do zwodzonego mostu, prowadzącego do głównej siedziby na wyspie. Tam drogę zagradza mu Rohn.
-Chłopcze, dalej Cię nie przepuszczę, choćbym miał zginąć. Po tylu latach urządzasz nam tutaj taką makabrę.
-Po tylu latach powiadasz. Masz na myśli lata pozostawania w bezruchu? Tej zatrzymanej ewolucji? Nie rozśmieszaj mnie. Nic dla mnie nie znaczycie. Lecz jestem Ci wdzięczny. Dzięki tobie będę mógł użyć nowej techniki.
Spogląda w oczy dzikusa.
-Słuchaj się!
Przejmuje kontrolę nad umysłem strażnika, który spada w przepaść.
-Doskonale. Kontrolowanie tak słabego umysłu jest dziecinnie łatwe.
Z oddali...
-A czy kontrowanie kopniaka tuż nad przepaścią będzie takie łatwe?
W tym momencie Khod wypycha Apocalypsusa i siebie w dół przepaści.
-Rozumiem. Zamierzasz zamknąć nas razem w tej wyrwie i zapieczętować. Naprawdę nie pojmujesz mojego poziomu.
Opadają... Khod się nie podnosi, zaś Apocalypsus z łatwością wstaje.
-Wygląda jednak na to, że nie jesteś w stanie dłużej się pobawić. Przyznaję, że przez moment udało Ci się mnie zaskoczyć. Zabawne, przez tyle lat się mnie obawiałeś, po kryjomu
przeklinałeś, nienawidziłeś i zobacz, jak skończyłeś.
Ciężko dysząc Khod próbuje się wytłumaczyć...
-To nie tak... ja... wiedziałem, jaka moc się w tobie znajduje... próbowałem znaleźć jakiś sposób... jak poprawić relacje między Tobą a moim ludem... za każdym razem, kiedy próbowałem... przegrywałem.
-Takie typowe to jest dla bytów twojego pokroju. Pewnie obwiniasz się za to, co się stało. Nie bądź zbyt pewny siebie, wszystko to, co się stało, miało się stać. Nie mam do Ciebie pretensji.
Po chwili zastanowienia...
-Mistrzu Khod, nie zabiję Cię, przetestuje na tobie możliwości mojej broni. A to miejsce mianuje moją nową siedzibą. Zbyt wiele mej mocy zostało przelanych w te mury aby tak bezmyślnie je niszczyć.
Zakończyła się pierwsza ofensywa, która miała pokazać Apocalypsusem właściwy kierunek. Cała wyspa zmieniła się w krwawe pobojowisko. Nie żył na niej już nikt, poza jej prawowitym właścicielem - Apocalypsusem.


V

Kilka lat po pierwszym zwycięstwie, Apocalypsus zaczął studiować księgi wielu innych, odległych światów. Pragnął wyposażyć się w jedną z silniejszych broni - wiedzę. W trakcie czytania jednej z nich przybył do niego Azdarn.
-Widzę, że traktujesz moją broń z odpowiednim szacunkiem... tak sobie leży walnięta na łóżku.
-Twoja broń? W środku znajduje się moja ofiara. Chyba powinieneś znaleść sobie inne ostrze.
-A ty powinieneś zmienić swój ton. Niech Ci będzie, zachowaj go do czasu swojej następnej misji.
-Zatem rozpoczyna się...
-Tak, początek naszej krucjaty. Zaczniemy od tego systemu. Aktualną rasą dominującą są krasnoludy z Gór Smoczych i Khazad-Tor. Twoim celem będzie pozbycie się ich imperatora Ghurdona. Mnie nie przystoi atakować, ale mam Ciebie. Ty do tego wystarczysz. Widziałem już twoje możliwości. Skorzystamy z niebiańskiej sieci. Przebijemy się przez portal Gryfa na Yobos.
Po paru minutach mistyczni teleportują się w okolice portalu.
-No i gdzie nas przeniosłeś? To jest ten cały portal?
-Jesteśmy w tym momencie na obrzeżach. Portal znajduje się w opuszczonym szybie kopalnianym znajdującym się za mną. Zobaczysz to. Pójdziesz sam. Ja pozostanę tutaj i zablokuje wszystkie zewnętrzne portale. To bardzo ważne. Chcę, żeby te krasnoludy patrzyły bezradnie na śmierć swoich rodaków.
-To dosyć nędzne wytłumaczenie
-Tak jakbym się musiał przejmować twoim zdaniem.
Groźna wymiana spojrzeń pomiędzy Azdarnem i Apocalypsusem, chwila milczenia przerwana przez Azdarna.
-Co jest?
-Nic takiego. Zastanawiałem się, czy jesteś tym, za kogo Cię naprawdę uważałem. Nieważne. Idę zająć się tymi nic nie wartymi śmieciami.
Obydwaj idą w swoje strony...
-To spojrzenie... Tak, jakby chciał mnie zaszlachtować. Muszę go więcej mieć na oku.
Apocalypsus w tym czasie podchodzi do z pozoru pustego szybu, jednak już po chwili zauważa całkowitą zmianę w otoczeniu.
-Więc tak to wygląda(śmiejąc się). Jedynie istota posiadająca specjalne moce w oczach potrafi to zauważyć. Sprytnie to urządzili. Jednak nie wystarczająco, żeby mnie powstrzymać.
Nie czekając ani chwili dłużej wszedł do małego, jak na rozmiar człowieka portalu.


VI

W środku portalu Apocalypsus zastanawia się nad dotychczasowymi wydarzeniami, które się stały. Wychodzi przez teleport w szybie i widzi obrzeża stolicy krasnoludów. Wiedział, iż Ghurdon brał pod uwagę pakty o nieagresji, nawet sojusze. Azdarna jednak to nie interesowało. Miejsce to było ciągle zadymione od kopalni i hut znajdujących się w około tego kompleksu. Istniało tam zaawansowany technologicznie przemysł. Narzędzia wojny miały szczególne znaczenie w wyglądzie tego miasta. Pomimo tego wchodząc do dzielnic pod miastem Apocalypsus wyczuł, że będzie to dla jego mocy tylko spacerek.
-Nie mogą mnie zobaczyć. Ich przeciętni wykidajłowie i rębajłowie nie mają nawet takiej mocy, żeby być świadom mej obecności. Mimo to trochę się zabawię...
Zaczął mordować wszystkich, nawet niewinnych obywateli. W mieście wybuchła panika. Chaos objął każdą z ulic. Jeden z silniejszych rębajłów, syn Ghurdona, Soth, pobiegł do imperatora powiadomić go o tym.
-Sytuacja jest poważna. Proszę, pozwól mi interweniować.
-Dobrze. Zajmij się tym niewidzialnym. Namierz go swoim specjalnym okiem.
Pobiegł do zniszczonej sali chwały, gdzie aktualnie znajdował się Apocalypsus...
-Trochę się wyróżniasz. Potrafisz mnie dostrzec. Jednakże, to nie wystarczy. Jesteś takim samym pieskiem swego pana, jak osoby, które przed chwilą wykasowałem.
Rzutem swojego miecza mistyczny kończy życie Sotha, jednego z pięciu najsilniejszych rębajłów krasnoludów. Apocalypsus szedł dalej. Kiedy zaś nie było już nikogo, kto mógłby stanąć na jego drodze, imperator musiał stanąć naprzeciw wysłannika osobiście.
-Jak dobrze rozumiem, Ghurdon właśnie stoi przede mną. W tej żałosnej stolicy, pozostałeś tylko ty
-Nie wiem, czym ty jesteś potworze. Ale nie myśl, że tak łatwo mnie pokonasz po tym, jak zabiłeś tyle istnień. Wszystko, co stworzyłem, stworzyła moja rodzina, ty zniszczyłeś!
Podnosi swój topór wojenny, który pod wpływem mocy ładuje się na niebiesko...
-Klękaj do modlitwy potworze. Aktywacja. Khaz-Todar!
Apocalypsus tylko wykonał unik i użył klątwy ciała na władcy, żeby mógł wysłuchać jego przesłania zanim go zabije.
-Właśnie to sprawia, że takie formy życia są likwidowane. Ich arogancja względem silniejszych, dominantów...
Cięciem Quantum w plecy zabija pierwszego imperatora zjednoczonych krasnoludów. Nie mając już nikogo za wroga, podjął manewr wycofujący. Wychodząc z miasta Apocalypsus zaczyna się zastanawiać...
-Czy ta śmierć była potrzebna? Czemu akurat ja, a nie on to zrobił?
Wchodząc do portalu odczuwa późniejsze wydarzenia - powstanie specjalnej organizacji, polującej na sprawcę tej tragedii.


VII

Wychodząc z portalu Gryfa odczuwa, że Azdarn czeka już na niego na tym samym wzgórzu. Podchodzi do niego z pewną wrogością i z poczucia \"obowiązku\".
-A więc powracasz. Czuję, że zlikwidowałeś wszystkich. Pozostawiłeś tylko zbiór danych Ghurdona. No trudno. Zajmę się nim później. Pozostawia to trochę do życzenia, ale powiedzmy, że mogło być gorzej. Gdy wrócimy do Agmos, oddasz mi miecz. Dostaniesz inną broń.
-Zastanówmy się. Nie będzie to możliwe, a raczej, nie będziesz miał już okazji mi jej odebrać
Bez wypowiadania na głos stosuje technikę iluzji i przeszywa mieczem Azdarna.
-Dobrze wyczułem twoje wcześniejsze intencje. Dziwne tylko, że dałem się wciągnąć w twoją iluzję. Nieważne. Ataki fizyczne nie oddziałują na moje ciało. Nawet ty, Apocalypsusie, nie możesz kwestionować mej woli, dzięki temu, że Cię stworzyłem, przewyższę każde istnienie. Zmienię w pył moich braci i stanę się tym światem.
-Abstrahując od tych śmiesznych założeń, to prawda. Ataki fizyczne nie czynią twojemu ciału żadnej krzywdy. Jednakże pragnę Ci coś przypomnieć:
\"To quantum. Miecz wykonany ze srebra i przepełniony mą wolą\"
Wydaje się, że Azdarn panuje nad emocjami, jednak w środku czuje, że moc Apocalypsusa przerosła jego możliwości.
-Na tej podstawie doszedłem do pewnego wniosku. Skoro jesteś odporny na ataki fizyczne od innych, to co się stanie, jeśli do akcji wejdzie twoja własna wola?
Wyraźnie zdenerwowany Azdarn uwalnia się z przeszycia i staje na równe nogi.
-Interesujące założenie. Jednakże nie masz ze mną żadnych szans. Nie znasz sentencji.
-Akurat tego nie byłbym taki pewny. Myślisz, że przez te lata się bawiłem z tymi robakami? Nieprawda. Wiele czasu poświęciłem medytacjom. Zrozumiałem, czym jest otchłań Bekariotu, wymiaru piekielnego. Jeśli moje założenie jest prawidłowe, musisz mieć jakąś furtkę. Nawet jeżeli jesteś nieśmiertelny, to musisz mieć nad tym kontrolę. Co się w takim razie stanie, jeśli wyślesz siebie samego na zniszczenie do otchłani piekielnej?
W tym momencie Azdarn próbuje zaskoczyć Apocalypsusa, jednak ten znowu wbija w niego Quantum.
-Czy uważasz, że walka z kimś w ten sposób jest w porządku?
W tym momencie Apocalypsus przypomina mu ostatnią rozmowę:
\" Ja pozostanę tutaj i zablokuje wszystkie zewnętrzne portale. To bardzo ważne. Chcę, żeby te krasnoludy patrzyły bezradnie na śmierć swoich rodaków.\"
-Akurat ty nie powinieneś mnie pouczać. Wyręczasz się innymi, gdy dochodzi do plamienia swych dłoni krwią?
Przypomina mu obrazy z ataku na Agmos.
-Żałosne...
-Skoro tak twierdzisz, to osobiście doprowadzę Cię do parteru i zabiorę twoją wolną wolę, którą Ci dałem. Okazałeś się być kretynem, jak te robaki.
-To Ci się nie uda. W momencie, kiedy dałeś mi ten miecz, zauważyłem jak wysoka jest przepaść między nami. Stałem się wyższym bytem od Ciebie, nędzna mrówko!
Inkantuje sentencje...
-Ożywienie esencji... Interceptis Khadosh Externo Magnum...
Uwolnienie pokładów mocy, jakie zostały użyte przy tej inkantacji tak bardzo odcisnęły się na otoczenie aż tak, że wzgórze obniżyło się do poziomu depresji, a ziemia w promieniu kilometra stała się całkowicie czarna od mrocznej energii. Powłoka Azdarna nie wytrzymała siły swej własnej woli i skamieniała. Stało się faktem, że ten dzień przeszedł do historii jako dzień porażki Azdarna. Padł ofiarą własnego tworu. Nie był w stanie go kontrolować i zapłacił za to najwyższą cenę. Większość nacji na świecie, widząc tragedię krasnoludów postanowiły zacząć polować na sprawcę tej makabry. Wszyscy monsterdzieje, czarownicy, rozbójnicy i kupcy stanęli ramię w ramię i założyli organizację, zwaną jako Strażnicy Portalu.

Michał Rybka

Smoki Maeterii 2008-2012 All Rights Reserved
Design by WasinArt.pl