Śmierć elfa

Noc… a księżyc w pełni. Perian, zwiadowca leśnych elfów jak każdej nocy przygotowywał się na zwiad po przydzielonym mu terenie. Wzmożone patrole zostały wprowadzone po ostatnich donosach wodnych Elfów o zasiedleniu się tuż nieopodal licznego stada trolli, które ze wzmożoną siłą zaczęły penetrować las wyrzynając wszystek zwierzynę jaką napotkają na drodze. Zadaniem leśnych elfów jest chronienie flory i fauny przed bezsensowną śmiercią oraz przed istotami, które zabijają je dla zabawy a nie z potrzeby i głodu. Noc zapowiadała się spokojna, jak każda poprzednia. Perian młodym był elfem jak na ich wiek, ale również posiadał niesamowitą wiedzę. Nim zapadła noc wraz z innymi zwiadowcami gromadził się przed szałasem Terlesa – najwyższego kapłana ich społeczności by Moc drzewa Legetes spłynęła na nich łaskawie. Mówi się w kręgach ludzi, iż leśne elfy przy pomocy wywaru przyrządzonego z liści drzewa Legetes potrafią w ciemności widzieć. Ułatwia im to poruszanie się po lesie w totalnej czerni i dobrze kamufluje, gdyż ogień ich nie zdradza. I tak jak każdego wieczoru Perian wraz z innymi pojawił się u Terlesa. Starym elfem był, jego jasne włosy spływały po wysokiej i chudej postaci niczym woda pada z wodospadu. W wysuszonej dłoni zawsze trzymał swoją laskę pokrzywioną niczym skręcone drzewo cierniste, a głownię wieńczył piękny zielony kryształ, który starszy był od nich wszystkich razem wziętych. Jego szata w bieli kolorze lśniła w zachodzącym słońcu podkreślając jego wagę i hierarchię. Czoło zdobił diadem okalający całą mądrą głowę z białym górskim kryształem wkomponowanym w piękny motyw roślinny z iskrzącego mithrilu. Tuż za nim stała drobnej budowy jego uczennica. Mała, figlarna, elfia dziewczyna, która tak naprawdę nie wiadomo skąd się w ich gronie wzięła. Mówią iż jest nieudanym dzieciem naszej Matki Legetes, która w czarną noc brzemienną się stała a Terles znalazł ją w pęknięciu u stóp wielkich korzeni. Wyróżniała się od pozostałych ciemną barwą włosów, skóry a jedyną rzeczą, która łączyła ją z pozostałymi to niezwykle jasne oczy.

Perian miłym spojrzeniem obrzucał uczennicę Terlesa i zawsze ochoczo zgłaszał się do najniebezpieczniejszych zadań by chociaż przez chwilkę móc patrzeć w jej twarz z bliska. Nastała cisza. Terles przemówił.

- Dzieci lasu, wieści me się potwierdzają. Trolle u bram naszego domu sieją spustoszenie, zabijając nie dla potrzeby a zemsty, zabawy i nudy. Strażnikami lasu jesteśmy, pozwolić nie możemy by dostali się do bram osady i tym bardziej by znaleźli naszą Matkę. Drzewo wiecznego istnienia Legetes nie może zostać nawet okaleczone. Idźcie w las. Wszelakie stworzenie ostrzeżcie jednak misję dla jednego z was mam.

Podniósł się szum lecz Starzec kontynuował.

- Jeden z was na ochotnika się zgłosiwszy, w serce zła udać się musi. Niech określi ogrom zniszczenia na południowych krańcach naszego lasu i czym prędzej wróci z tą informacją. Święty Krąg Mędrców postanowi jak zapobiec dalszemu wyniszczaniu naszego domu. Czy do walki stanąć ze złem, czy inne elfy o pomoc prosić będziemy. Więc pytam was dzieci lasu, który z was jest na tyle pełen odwagi by zadanie to wykonać. Uprzedzam jednak, że wrócić będzie ciężko.

Na te ostatnie słowa ponownie tłum zgromadzonych zwiadowców podniósł szum. Jeden po drugim spoglądali na siebie i wyszukiwali nie elfiego zwiadowcy a szaleńca, który na pewną śmierć pójdzie. Szum narastał, ciche szeptania przerwał donośny głos gdzieś z dali.

- Ja pójdę.

Gdy tylko słowa te rozbrzmiały tłum rozstąpił się a oczom starca ukazał się Parian. Jego jasne oczy spoczęły na szacie Terlesa i podniósłszy się z przykuca podszedł bliżej. Pięści zacisnął, usta oblizał, opuścił niżej głowę i przed postacią Mędrca klęknął na jedno kolano, pochylając jeszcze bardziej głowę.

- Pozwól mnie iść. Znam południowe kraje lasu lepiej niż nie jeden tutaj zgromadzony, często bywałem tam i wiem jak dostać się drogą, którą trolle przejść nie mogą.

Zza jasnej szaty Mędrca wyłoniła się uczennica Starego Mistrza - Deja. W elfim znaczeniu to czarna perła, została tak nazwana z powodu swojej odmienności. Mimo iż wyglądała inaczej niż reszta – to jednak serce miała bardziej wrażliwe na krzywdę niż ktokolwiek w tej osadzie zamieszkały. Co niektórzy złośliwi twierdzą, iż jest niechcianym owocem mrocznych elfów, którzy pod osłoną ciemnej nocy porzucili ją u stóp Legetes… ale to tylko plotki. Chociaż patrząc na nią niczym nie różni się z wyglądu od mrocznych pobratymców jednak serce i oddanie ma leśnych elfów.

Szeptania przerwał Mędrzec.

- Wstań Perian. – ruchem ręki nakazał wstać młodzieńcowi z klęczek – a reszta na swoje posterunki. Nim się udacie zaopatrzcie się w wywar.

W mgnieniu oka zostali sami. Reszta zwiadowców udała się na swoje posterunki by bacznie obserwować każdego wroga na ich terenie. Nastała głucha cisza.

- Chodź za mną – rzekł Mędrzec i wszedł do szałasu, w którym paliły się kryształowe lampy. – siadaj i słuchaj bo misja nie będzie łatwą.

Perian posłusznie wykonywał polecenia ukradkiem rzucając spojrzenia w stronę Deji. Ta z uśmiechem poprawiała szaty Mędrca, przytrzymywała laskę i podawała wody w kryształowym pucharku. Zajęta swymi obowiązkami nie przyuważyła ciekawskich spojrzeń młodzieńca, póki ich spojrzenia się nie spotkały.

- Posłuchaj mnie – przerwał Terles – udasz się na południowe krańce lasu, przejdziesz górę Pellon i rzekę Raeton. Przy wielkim dębie złożysz ofiarę z wyciągu z Legetes. Nie wiem co stać się może, ale do tego czasu będzie towarzyszyła ci Deja.

- Ależ Ojcze – przeraziła się – gotowa nie jestem by mury opuścić.

Starzec uczynił gest ręką i nakazał milczeć.

- Deja będzie z tobą do czasu ofiary przy dębie. Ty ruszysz dalej ona wróci. Ofiarę może złożyć jedynie kapłan, a ona nim niebawem zostanie to próba dla niej. Lata przygotowywałem ją by mogła służyć naszemu ludowi. Twoje zadanie to ją chronić, nic nie powinno się stać, jednak z powodów iż trolle się tam kręcą musi mieć kogoś obok.

Perian skinął tylko głową i wzrok wbił w podłogę z desek, okrytą wspaniale haftowanym kawałkiem  materiału.

- A teraz idź do siebie. Dzisiejszej nocy odpoczniesz a rankiem wyruszycie na południe.

                Cudny ranek. Perian rzadko bywał w szałasie o tej porze, zazwyczaj przebywał w terenie a przed pierwszym rykiem jelenia bywał już u bram. Tej nocy było inaczej – był w szałasie, ale i tak nie potrafił zasnąć. Ryk jelenia. Wstał z pryczy i udał się na zaplecze szałasu. Pozbierał swoje rzeczy i zszedł na ziemię. Leśne elfy zamieszkują wysokie korony Legetes, ona ich chroni przed palącym słońcem, przed wiatrem porywczym czy zimnym deszczem, jednak gdy kąpieli chcą zażyć muszą zejść na ziemię. Udał się do jeziora, gdzie większość elfów korzystała z porannej kąpieli. Przechodząc obok innych słyszał szepty i okrzyki niedowierzania.

- On się zgłosił? – ktoś za plecami.

- Tak, ponoć nie wróci, bo to pewna śmierć – odpowiedział drugi.

Perian nie zwracał uwagi na takie słowa, umył się wykręcił włosy i odrzucił je na nagie plecy. Zaczepił lniany materiał o pas i udał się do drewnianej windy, napędzanej kołem niczym w wodnym młynie. Patrzył jak świat się zmienia. Piękne widoki roztaczały się z wielkiego drzewa na pobliskie okolice. Słońce pieściło twarz a na ustach pojawił się uśmiech. Po chwili był już w swoim szałasie. Ubrał czystą koszulę lnianą i wsadził jej rąbki do spodni, które wcześniej przebrał. W tali przewiązał się pasem z białego materiału haftowanego srebrną nicią i zaczął czyścić skórzane po kolana buty. Założył je poprawiając klamry. Ubrał skórzaną lekką zbroję na koszulę, naramienniki z łuskogrzbieta[1] a na to wszystko zarzucił szarobrunatny płaszcz przepięty pod brodą srebrną klamrą. Do pasa przymocował nóż myśliwski, dwa mieszki skórzane, jeden z suszonymi liśćmi Legetes a drugi z dwoma kryształami górskimi w kolorze mlecznobiałym i różowym. Włosy przewiązał grubym rzemykiem  i wziął głęboki wdech.

                Przed szałasem Terlesa pojawiła się Deja w białej pelerynie i z przepasaną na skos torbą. Ubrana w rytualne szaty zakrytą twarz miała ale spod cienia wielkiego kaptura niczym dwie iskry jaśniały jej oczy. Stanęła i rozejrzała się. Perian ukłonił się lekko i wskazał kierunek południa.

- Tam się udamy, przez górę przejdziemy kopalniami krasnoludów, niegdyś tutaj mieli jedną z nich, ale gdy złoża się wyczerpały, ruszyli na północ. – rzekł. Deja nie odpowiedziała nic. Kurczowo trzymała worek z zielonego materiału i kiwała tylko głową. W jednej chwili przed nimi pojawił się Terles i rzekł do obojga.

- Idźcie. Pamiętaj córo lasu co masz czynić i w jakiej kolejności, ty zaś synu nie spuszczaj jej z oka bo życie nasze w jej rękach teraz będzie. A teraz pochylcie głowy, niech moc Legetes na was spłynie, idźcie i wracajcie czym prędzej.

                Ruszyli. Dzień się zaczynał dobrze, ale nie wiadome jak się zakończy. Cisza niesamowita w około, nawet wiatr nie ganiał między konarami drzew.

- Kiedy będziemy przy wielkim dębie? – w końcu Deja przerwała te niesforną ciszę.

- Nim dzień się zakończy będziemy wracali. – rzekł.

- Wydawało mi się iż to dalej jest.

- Byłoby jakbyśmy górami szli, ale przejdziemy kopalniami.

- Znasz je? – pyta.

- Bawiłem się tam jak młodszy byłem, znam każdy korytarz.

- Dziwne zabawy miałeś do prawdy.

- Tyś w garkach mikstury ważyła, modlitw się uczyła, ja zaś dzięki temu zwiadowcą zostałem. Nie narzekam, bo gdyby nie to górami byś szła i czas traciła.

Znowu nastała cisza. Po godzinie wędrówki stanęli przed ruinami wejścia do kopalni krasnoludów. Wejście uwieńczone kamiennym portalem z wyrytymi freskami na nim.

- Co tam pisze? – zapytała.

- To fragment pieśni. „Eta rah berto, Heno dare ita” – rzekł jąkając się troszkę.

- Znasz pismo krasnoludów? – zdziwiła się.

- To nie trudne, mają ubogi alfabet, a wszystkie pieśni i modlitwy odnoszą się do Eta i Heno czyli odwagi i ognia. – uśmiechnął się Perian – no wchodzimy.

U wejścia w metalowych okuciach co kilka stóp umocowana była pochodnia. Pierwsza zapłonęła pulsującym światłem. Młodzieniec wziął ją w ręce i odpalał kolejne. Korytarze wąskie były jak dla elfa, ale większego kłopotu nie mieli. Doszli do rozwidlenia drogi. Po ścianie sączyła się woda a na ziemi robiło się większe błoto.

- czemu tu tak mokro? – pyta Deja.

- Nad nami jest rzeka Raeton, przedziera się przez skały drążąc w kopalni swoje tunele i ścieżki. Nic nam nie grozi, w prawo jest wejście do wielkiej w skale wykutej Ognistej Sali. Tutaj krasnoludy gromadzili surowiec a po drugiej stronie góry przetapiali na złoto.

- Kopalnia złota tu była?

- Jak mało wiesz o krainie, w której żyjesz. Czego cię Mędrcy uczyli?

- A no jak zrobić wywar na przykład. Wiedziałeś, że liście jakie do nich stosujemy to te ścięte tylko jednym rytualnym sztyletem? Nie mogą być żółte ani brązowe, nadgryzione też nie a tym bardziej połamane. Do tego woda tylko z źródła drzewa zebrana w pełni w kryształowe naczynie, inna woda się nie nadaje…

- Na Mędrców i ty musiałaś takimi nudnymi rzeczami się zajmować?

- Zuchwalec, kiedy ty penetrowałeś jaskinie ja uczyłam się jak obudzić Gniew Legetes… - zamilkła zakrywając usta.

- Gniew Legetes? – powtórzył – co to jest?

- Nic to taka formułka. – tłumaczyła w pośpiechu.

- Wy z kręgu mędrców to jesteście dziwni, formułki przepisy i napary, modlitwy i zagadki. To wasz chleb powszedni? Do lasu trzeba czasem wyjść a nie nad księgami noce spędzać.

Nie odpowiedziała na to nic. W półmroku szła za nim i wciąż kurczowo trzymała się torby jaką miała przy sobie. W korytarzu zrobiło się ciemno a pochodnia zgasła pod wpływem mocniejszego podmuchu wiatru. Nic nie widać w uszach tylko szmer wody i odgłos ich oddechów.

- Masz wywar? – zapytała – bo ja chyba nie.

- No pięknie, jeszcze tego mi brakowało. Ja mam, ale tylko jeden najwyżej będę cię prowadził.

- Czemu pochodnia zgasła?

- Jesteśmy blisko wyjścia czasem silniejszy wiatr wtłacza tutaj powietrze. Ja je czuje na twarzy. Tak skonstruowana kopalnia miała na celu dostarczanie powietrza krasnoludom w tych podziemiach. Nie ruszaj się sięgnę po wywar.

Po korytarzu rozległ się odgłos trzaskającego szkła lub kryształu i ciche syknięcie złości Periana. W powietrzu uniósł się słodki zapach lers[2] i miodu pszczelego. Nastała znowu głucha cisza.

- No to nie mam nawet jednego wywaru. – rzekł w złości Perian.

- Elior eson Nariore.

Usłyszał gdzieś za plecami prastare słowa, których wydźwięk rozszedł się po korytarzu. Gdzieś w dali ujrzał trzy małe kropki światła zbliżające się w szybkim tempie. Przetarł oczy, były coraz bliżej i było ich więcej. Jakby z mrugnięciem oka pomnażały się w zastraszającym tempie. To jak insekty w lesie a w uszach słyszał jakby rój pszczół zbliżał się w ich stronę.  Coś rozjaśniało. Przez ułamek sekundy widział ściany korytarzu, ale małe światła zgasły.

- Podnieś pochodnię jeśli ją masz w dłoni – rzekła Deja – zaraz ujrzysz lata mojego życia, kiedy ty biegałeś po dziczy.

Bez słowa w ciemności uniósł pochodnię. W jednej chwili zabłysła tym samym światłem jakie widział w dali. Jaskrawo zielone światło zagnieździło się na trzonie drewnianej pochodni i ukazało w lekkim świetle skąpany zielenią korytarz.

- Czym to się pali? –zapytał.

- Oj chyba lekcje u mistrza nie raz przegapiłeś za młodu. – uśmiała się Deja i wyrwawszy pochodnię z jego rąk ruszyła pierwsza.

-Skąd będziesz wiedziała jak iść? – zapytał zuchwale.

- Wiesz… nie do końca jestem taka posłuszna Mistrzowi jak ci się wydaje.

Na te słowa korytarz wypełnił się jej perlistym śmiechem. Wzruszył ramionami i udał się za nią.

                Słońce już w zenicie. Połacie lasów wielkich przed nimi. Wychodząc z kopalni znaleźli się nad wąwozem. W dole płynęła rzeka a nad nią wisiał solidny most linowy. Deja przyłożyła do ust swoich iskrzącą pochodnię i lekko dmuchnęła w nią. Jaskrawe zielone światło zgasło a z głowni pochodni po okolicy rozpierzchło się stado koberów[3].

- Co to? – zapytał zdziwiony.

- Kobery to prastare istoty pamiętające jeszcze gdy Legetes małym drzewem była. One na początku ją strzegły, ale gdy rasa nasza się narodziła odeszły w zapomnienie. Czasem w nocy widać ich lekką poświatę. To pocieszne istoty jak widzisz też pomocne.

- Bywam w lesie po nocach aż dziw, że ich nie spotkałem nigdy.

- Kobery nie każdemu się pokazują. To mało istotne, ruszajmy w drogę.

- Zaskakujesz mnie coraz bardziej. Jakie zalety jeszcze posiadasz? – zapytał zaciekawiony.

- Na pewno skarpetek prała ci nie będę. – zbulwersowała się i ruszyła przodem.

Na jego twarzy pojawił się uśmiech. Dogonił ją i w ciszy szli ku wiszącemu mostu. Po drodze mijali skały przypominające różne bestie, drzewa powalone ze starości i stada zwierzyny, które nie zwracały na nich uwagi, gdy przechodzili obok. Oboje rozkoszowali się pięknem okolicy i ukradkiem uśmiechali się do siebie. Dotarli. Most linowy przymocowany do wielkich głazów po obu stronach wąwozu aż trzeszczał pod swoim ciężarem. Deja spojrzała na Periana i z trwogą zapytała.

- Ja mam to przejść?

- Jak potrafisz możesz przez to przelecieć, ruszaj się stary dąb jest po drugiej stronie wąwozu napolanie.

Deja spojrzała na most a jej twarz oblał zimny pot. Zsunęła kaptur z głowy i przełknęła ciężko ślinę. Podeszła bliżej i stanęła tuż przed wejściem na niepewnie wiszący most. Perian był już w połowie a ona patrzyła jak pod wpływem jego kroków most kołysze się jak liście na wietrze. Spojrzał z dala na nią. Stała tam między głazami kurczowo przytulając się do torby i pustym wzrokiem spoglądała w ziemię. Kiwnął głową i zawrócił.

- Co się stało? – zapytał chwilkę później stając naprzeciw.

- Boję się, że spadnę. – wyszeptała.

- Mieszkamy na takim drzewie a ty boisz się wejść na most? – podrapał się w głowę i zadumał. W jednej chwili przypomniał sobie otoczenie w jakim żyje. Co z tego, że na drzewie, ale szałas Terlesa jako jedyny osadzony jest na platformie, do którego prowadzą schody a nie linowa drabina. Podłoga w szałasie wyłożona jest materiałem, aby przezeń nie było widać co pod spodem jest. W końcu przypomniał sobie jak w szałasie mówiła, że nigdy nie wychodziła poza mury… tylko pytanie. Jakie mury? Przecież osada w koronach drzew jest i na nich murów nie da się zbudować. Czyżby chodziło jej o sam szałas? Perian spojrzał na nią, usiadł na pobliskim kamieniu i zrozumiał. Po chwili wstał na równe nogi i rozwiązał pas z bioder.

- Ufasz mi? – zapytał podchodząc do niej ze wstęgą białej szaty srebrną nicią wyszywanej.

Spojrzała na niego oczyma pełnymi trwogi, ale po chwili jednak złagodniała. Kiwnęła tylko znacząco głową a uścisk na torbie zelżał. Perian stanął za nią i powolnym ruchem zawiązał jej oczy pasem. Uwolnił zaplątane, czarne włosy z pleców i powolnym ruchem rozwiązał węzeł torby niedbale ułożonej na jej ramieniu. Drgnęła i ścisnęła mocniej.

- Nie bój się ja ją wezmę. Dasz mi obie ręce a ja bezpiecznie cie przeprowadzę na drugą stronę.

Uścisk ponownie zelżał. Prawą stopą macała podłoże jakby miało jej się zaraz usunąć spod nóg. Wyciągnęła ręce przed siebie i trafiła na jego dłonie. Chwycił ją mocniej i pociągnął w swoją stronę. Czuł jak drży jej ciało a dłonie pocą się. Kurczowo trzymała go za ręce a oddech stawał się coraz głębszy. Krok po kroku, pomagał stawiać jej stopy na drewnianych dechach, starannie przywiązanych mocnym sznurem. Czuł się dziwnie. Przez głowę przemknęła mu myśl, co uczyni gdy ją puści? Jednak czując siłę jej uścisku nie chciał aby stresowała się bardziej. Przeprawa przez most trwała nader długo.

- Jeszcze dwa kroki i będziemy po drugiej stronie – rzekł spokojnie a jego uścisk zelżał.

- Już prawie? – zapytała.

Nim zrobiła ten jeden krok do przodu pod stopami poczuła stały grunt. Wzięła głęboki wdech i sięgnęła tyłu głowy by rozwiązać szal i zdjąć opaskę z oczu. Materiał osunął się. Widziała go jak spoglądał na nią bez słowa trzymając w wyciągniętej ręce torbę załadowaną tajemniczymi zawiniątkami. Oddała mu szal i bez słowa ruszyli dalej. Szli dość długo. Zatrzymali się przy wartkim strumieniu, aby ugasić pragnienie. Deja ze swojej torby wyciągnęła placek pszenny o smaku słodkiego miodu i podała go Perianowi. Wszystko bez słowa w skupieniu i ciszy jakby rozmawiali nie używając słów ani gestów. Siedzieli, jedli, pili i patrzyli.

- Czas nagli – zerwała się na równe nogi i ponownie przewiązała torbę przez ramie.

Ruszyli znowu. Mijał czas w ciszy. Nie rozmawiali ze sobą. W jednej chwili Perian stanął jak wryty. Uniósł twarz ku słońcu i wziął głęboki wdech. Coś zaszeleściło w krzakach obok. Deja chwyciła rąbka płaszcza i stanęła za Perianem. Z szeleszczących krzaków wyłonił się szary zając bystro spoglądający na te dwójkę. Zwiadowca otworzył oczy i skierował wzrok na puchatego przybysza. Przyklęknął obok niego i wyciągnął ku niemu dłoń. Niczym oswojone zwierze bez wahania przybliżył się i otarł lekko o jego dłonie. Po czym natychmiast zniknął.

- Trolle – już tu są. – rzekł.

- Skąd wiesz? – zapytała śledząc wzrokiem czmychającego zająca.

- Powiedział, że widział ich rankiem przy starym dębie. Niedaleko rozbili obóz, czekają na innych. Za sobą zostawiają popalone drzewa, zgliszcza i truchła zabitych zwierząt. Robią to dla zabawy a nie z głodu, zabijają więcej niż są w stanie zjeść. Setki kodama[4] zginęło przez ich przemarsz – zaciska pięści – niszczą wszystko co napotkają na drodze.

Na te słowa zasmuciły się jej oczy. Zacisnęła drobne dłonie na torbie i gestem ręki wskazała drogę. Poszli dalej. W powietrzu było czuć zapach palonego drewna i zgnilizny. Dziwna aura roztaczała się w tej części lasu.

- Dąb – rzekła – prastary dąb jest tam – pokazała palcem.

Owszem był. Jednak nie tylko on. Pod koronami wielkiego prastarego dębu swoje obozowisko rozbiła zgraja trolli paląca pod nim duży ogień. Iskrzące drobinki palonego drewna sięgały najwyższych gałęzi dębu a ledwo co zawiązane owoce zaczęły opadać na ziemię. Deja odskoczyła w tył i z torby wyciągnęła dziwne zawiniątko w kształcie sierpa księżyca. Zawinięte w szary materiał i obwiązany lnianym sznurem nie wyglądało to na coś cennego ani ważnego. W tej torbie wiele było takich zawiniątek niczym od siebie się nie różniły, poza kształtem i rozmiarem. Zaciekawiony Perian spoglądał na jej wyczyny bez słowa. Po krótkiej szarpaninie z zawiniątka wyłonił się drobny element kutego srebra lub mithrilu. Diadem uwieńczony zielonym kryształem w jednej chwili ozdobił czoło Deji. Włosy uwiązała czerwoną wstęgą wyjętą z torby, na przegub prawej ręki założyła pięć obręczy ze złota a na lewej dwie srebrne.

- Co ty głupia robisz – syknął – to nie czas na wystrajanie się. Trzeba przemyśleć jak ich odciągnąć od dębu.

- Ty zajmij się odciągnięciem trolli ja przygotuję rytuał oczyszczenia.

Zniknęła gdzieś z czarą kryształową w dłoni i przez dłuższą chwilkę jej nie było. Perian mając chaos w głowie nie bardzo potrafił się skupić na rozmyślaniu o tym w jaki sposób ich odciągnąć od drzewa, aby kapłanka – czy nią jest czy nie – mogła odprawić modły.

- Myśl Perian, myśl – ciągle powtarzał jak modlitwę te same słowa.

W jednej chwili z ta samą kryształową czarą Deja pojawiła się tuż obok niego. Przyodziana w rytualne szaty z bogato zdobionym berłem w dłoni i czarą w drugiej. Wyglądała oszałamiająco jednak wciąż nie wiedzieli jak dostać się do dębu.

- Muszę dostać się pod prastary dąb. – wyciągnęła zza szaty kryształ i spojrzała na niego – i to szybko. Reszta już jest na pozostałych krańcach lasu.

- Pozostałe? O co w tym chodzi?

- Gniew Legetes, musimy połączyć wspólnie przebudzony krąg. Legetes jest w jego centrum. W naszych lasach są tylko cztery takie dęby. To nasza tarcza i jedyna szansa. Gdy odprawie rytuał przy dębie rozpostarta aura połączy się z aurą pozostałych czterech dębów i będzie tarczą na wszelakie zło i zagrożenie póki Legetes nie uspokoi gniewu. Jednak póki ogień pali dębowe gałęzie nie mogę nic zrobić a trolli tam pełno.

Perian spojrzał na nią czule i rzekł.

- Gotowa jesteś do odprawienia rytuału?

- Ja tak, po oczyszczeniu też jestem jedynie modła odprawić kryształ w odpowiednie miejsce cisnąć i tarcza zadziała. Musi zadziałać, trolle nie przejdą dalej prastara magia im na to nie pozwoli.

- Musi? – powtórzył – to Ty nie wiesz czy to zadziała?

- No skąd mam wiedzieć nie codziennie odprawia się rytuał gniewu. – zbulwersowała się.

Podniósł wzrok ku górze a na ciemniejącym niebie zabłysła różowawa aura.

- Przebudzili, teraz nasza kolej. Szybko.

Nim zdążyła to wypowiedzieć chwyciła leżące na ziemi berło, czarę i wraz z kryształem zaciśniętym w dłoni ruszyła na przód. Tuż za nią zdezorientowany biegł Perian jednak coś kazało mu stanąć. Kątem oka ujrzał za sobą wielki młot bojowy, instynkt zwiadowcy uśpiony przez jej obecność jednak znowu się obudził. Szczęśliwy unik i szybki kamuflaż wysoko na drzewie. Z góry widział wszystko naprawdę dobrze. Troll chodził pod drzewem odgarniając większe krzaki i szukał go bez ustanku, łamał mniejsze drzewa i w złości wyrywał krzaki depcząc je pod obleśnymi stopami. Wielkie bydle i strasznie śmierdzące, że też nie wyczuł go od razu. Zaciągnął kaptur na głowę by jasne włosy nie zdradzały jego pozycji i zza korony drzewa obserwował jego ruchy.

Deja tym czasem była już blisko dębu, ale wciąż nie na tyle by mogła odprawić modły no i wciąż palący się ogień zakłócić mógł aurę. Czoło rytualnego drzewa skierowane jest w stronę obozowiska trolli a nie może ot tak sobie wejść i zacząć odprawiać modłów. Przycupnęła za wielkim konarem powalonym na ziemie i obrośniętym mchem. Usiadła zdezorientowana na ziemi i zaciskała mocno w dłoni kryształ. W jednej chwili las rozbrzmiał głos Parinana.

- Deja uważaj!

Prosto na nią wyszedł zbłąkany troll i już przymierzał się aby cisnąć młotem, gdy padł na ziemie wydając z siebie ostatnie tchnienie. Po okolicy rozległ się przeraźliwy pisk. W ich stronę zmierzała kolejna zgraja trolli ciężko zbrojnych z toporami, maczugami i młotami w ręce. Parian odrzucił ją w bok i krzyknął głosem pełnym grozy.

- Odciągnę ich od dębu, ty odpraw swoje modły spotkamy się koło strumienia.

Wypowiedziawszy te słowa zniknął gdzieś w gęstwinie wabiąc trolle niczym miód wabi pszczoły do siebie. Smród nieprzeciętny rozlał się po okolicy, ale czemu się dziwić – to w końcu trolle. Wsparła się niepewnie na rękach i zerknęła w stronę dębu. Droga wolna. Wyskoczyła ile sił w nogach i zaczęła biec do popękanego konaru dębu. Podniosła wzrok ku niebu.

- Już czas, wszystkie trzy ożywione. – rzekła cicho i chwyciła kryształ na rzemyku uwiązany. Czarę postawiła na kamiennej półce u podnóża dębu i zdjęła stalową pokrywę. Z jego wnętrza wydobył się ciemnoczerwony opar otulający powoli jej ciało niczym wąż okręca się w około drzewa. Zamknęła oczy. Na jej czole ukazał się purpurowy symbol i w chwili cały opar w około niej opadł na ziemię. Czerwone światło wystrzeliło w górę jak strzała. Jej oczy zrobiły się puste i zeszkliły się niczym wypolerowane ostrze miecza. W ich głębi widać było granatowe niebo przeszyte czerwonym światłem. Jakby w transie chwyciła w obie ręce rękojeść berła leżącego u jej stóp i wstała. Dziwna srebrna kula otworzyła się niczym kwiat liliowy a z jej wnętrza wylała się jak woda błękitna aura. Wyciągnęła berło do przodu i obróciła się w około własnej osi tworząc błękitny okrąg lekko opadający na ziemię.

- „deno puer mizu”

Wypowiedziawszy te słowa niebo zasnuło się gęstymi chmurami. Rozpadało się na tyle intensywnie, że ogień rozpalony tuż przy dębie zaczął przygasać. Czerwony symbol na jej czole słabł a oczy powoli stawały się przejrzyste. Podeszła do prastarego drzewa i oparła się o jego wystające, pokręcone korzenie. Strumienie deszczu ugasiły ogień i w końcu mogła przystąpić do ostatecznego przebudzenia.

- „Lagetes et Mohir…” – wyszeptała.

- Nie radzę kończyć – usłyszała za plecami. Energicznie odwróciła się i w niedalekiej odległości stał człowiek i kilku trolli.

- człowiek? – wzburzyła się – tak też sądziłam, że trolle są zbyt głupie na to aby rozbić obóz właśnie pod tym drzewem.

- Zdziwiłabyś się jak bardzo inteligentne trolle potrafią być – rzekł człowiek podchodząc bliżej – jednak radzę odrzuć berło i odsuń się od dębu.

- Niby czemu mam to uczynić? – zapytała.

- Bo mam coś na czym powinno ci zależeć?

W tej chwili zza kilku trolli wyłonił się pojmany Parian, skuty grubym łańcuchem, odarty z ubrania i bosy. Jego twarz zalana krwią, uszy odgryzione a nos złamany.

- Parian – krzyknęła zaciskając berło.

Ten padł na kolana i kiwnął tylko znacząco głową. Jego wyraz twarzy był spokojny, jakby gotowy na przyjęcie ostatecznego ciosu, jakby pogodził się z porażką.

- Rzuć berło dziewczyno jeśli chcesz go ocalić. – rzekł człowiek odziany w czarne szaty.

Ponownie spojrzała na Pariana. Ten uśmiechnął się tylko i resztkami sił wstał z klęczek. Jeden z trzymających łańcuchy trolli przyciągnął go bliżej i drewnianą maczugą uderzył zwiadowcę po nogach. Padł na ziemię nasiąkniętą wodą a krew z twarzy zmieszała się z błotem. Deja cofnęła się krok w tył i zacisnęła berło w dłoniach. Zamknęła oczy a spod jej stóp w górę wystrzeliła jaskrawa wiązka światła. Okolicę wypełnił jej głos.

- „… anar nafrah utwas weta do hie nenle”.

Stało się. Wielka aura trysnęła z korony drzewa niczym fontanna. Opadając na ziemię spowiła świat w bladoczerwonej poświcie odgradzając ją od Trolli i Pariana. Stanęła pod dębem i już nic nie mogła zrobić. Człowiek o nieznanym jej imieniu usiadł na wystającym kikucie po rosnącym niegdyś drzewie i kiwnął ręką dając znak trollom, spoglądając przy tym w jej oczy. Robiło się coraz ciemniej, niebo spowiło się chmurami a przecież środek dnia był. Ciemno prawie jak w noc najczarniejszą. Parian padł na kolana. Łańcuch zacieśniał się bardziej miażdżąc mu barki, ramiona i żebra. Do jej uszu dobiegł przeraźliwy krzyk bólu i szyderczy śmiech człowieka.

- Tak… patrz teraz, głupia. Patrz przez swoją samolubność będziesz widziała co uczynię z każdym z was, jak tylko cała ta magiczna farsa się zakończy.

Niebo przeszyła błyskawica a okolice wypełnił przeraźliwy krzyk zwiadowcy. Jeden z trolli chwycił go za obie ręce i podniósł do góry. Zmiażdżone kości strzelały i sprawiały ból przebijając jasną skórę Periana. Liczne złamania, otwarte rany, krwotoki aż w końcu rozerwanie ciała na mniejsze części. Haniebna śmierć. Rozczłonkowany przez trolle żywcem. Bez litości, bez walki bez krzty nadziei na przeżycie. Jego ciało rozrzucone po całej polanie, głowa osobno, ręce, nogi a wszystko to w celu ochronienia jej przed nimi. Deja padła na kolana, berło stoczyło się pod korzenie drzew a twarz zakryła w zesztywniałych dłoniach. Otuliła ramiona rękami i szukała schronienia we własnym uścisku płacząc jak zagubione dziecko w dziczy. Deszcz powoli ustawał. Trolle z nieznanym człowiekiem opuścili to miejsce. Przez ciemne chmury powoli przedzierało się słońce. Prastara siła tej krainy ochroniła ich przed inwazją wrogów, jednak nie bez ofiar.

Mijały lata. Drzewa na polanie odrosły a po wielkim ognisku nie było już śladu. Pokolenia elfich władców się zmieniały jak i kapłanów wielkich, jednak pamięć o zwiadowcy została owiana legendą. Wszelakie freski, pieśni i gobeliny przedstawiały odwagę i poświęcenie jednego elfa, który był prostym zwiadowcą. Dzień wielkiego ocalenia okrzyknięto świętem Periana, jest to dzień wszystkich zwiadowców, łowców i wojowników.



[1] Łuskogrzbiet – zwierze leśne przypominające pancernika, jego pancerz koloru grafitowego jest mocny. Sproszkowany często łączony żywicą nadaje się do formowania naramienników i ochraniaczy na przeguby, czasem podkuwają tą masą skórzane buty.

[2] Lers – kwiat przypominający lilię wodną o intensywnym i zbliżonym zapachu do konwalii.

[3] Kober – coś na wzór świetlika, świecą w momencie gdy skrzydła pocierają się o siebie, prastare nie ukazują się zwykłym elfom.

[4] Kodama – w kulturze japońskiej – duchy zamieszkujące drzewa coś na wzór nimf w Grecji. To duszki drzewne, które ukazują się tylko tym ludziom, których one wybiorą. Wskazują drogę błądzącym po lesie. Przypisuje im się również wymierzanie kary za ścinanie i niszczenie drzew.


Smoki Maeterii 2008-2012 All Rights Reserved
Design by WasinArt.pl