Bitwa pod Smokiem...

nad złociście połyskującym w promieniach porannego słońca strumieniem. Jej cudnej urody, złociste włosy łagodnie spływały na ramiona i dalej na piersi. Przyglądał się jej z ukrycia i niemalże udusił się, powstrzymując oddech . Piękna była jak jutrzenka, albo jak nieprzymierzając Bella Frezja co ją na sianie w

- Co to jest! Co ty czytasz?! Od kiedy ty w ogóle potrafisz czytać? Baryłko był mocno zbulwersowany tym co zobaczył.
- Jak to co czytam? W bagażach tej karocy cośmy ją wczoraj obrabowali mieli. Dole i niedole pięknej a cnotliwej Pukroneli – tytuł taki ma to dzieło i wielce mi się podoba.
- No ale od kiedy ty umiesz czytać? Baryłko był nieustępliwy jak dziewczę szukające męża.
- Pamiętasz jak szliśmy tu przez lodowiec i potem grabiliśmy monastyr? To tam był jeden taki mnich, ten co czarował ognie jak się bronił. I mnie smagnął czarem co to miał mi biedy napytać, ale coś mu nie wyszło, a mnie nauczyło czytać. To nawet specjalnie nie boli i w życiu normalnym prawie nie przeszkadza.
Tłumaczenia Paprocha najwyraźniej usatysfakcjonowały Baryłkę, nawet jeśli nie znał takiego słowa.

Od tygodni przemierzali kontynenty i z zimnych nieprzyjaznych lodowcowych krain, dotarli już w okolice gdzie wsie i miasteczka znacznie bardziej przyjazne się wydawały. Może to wynikało z tego że głównie elfia rasa zamieszkiwała te regiony, a może po prostu ludzie to byli bardziej gościnni. Fakt faktem, że dwa trolle, były brane co najwyżej za osobniki nieco gruboskórne a nie za intruzów czy agresorów jak to bardziej na północy bywało. A i dziewki przez elfią rasę niedopieszczone, rade były gdy się je gdzieś w sąsieku mocniej przytuliło.

Od paru dni im bardziej na zachód się udawali, coraz częściej słyszeli o kościstym smoku co na wyspie Yobos ma swoje gniazdo. Jako że smokobójcy byli wytrawni i tylko w jedzeniu i dziewek obłapianiu może trochę więcej mieli wprawy, zmierzali prosto na ową wyspę żeby kolejnego smoka do kolekcji swojej dodać. Wyspa owa nie była wielką, ale ludzie żyli tu dostatnio. Wszystko co najważniejsze dla wygody życia było tu pod ręką. Gorzelnik co przednią okowitę pędził, destylarz potrafiący coś jeszcze mocniejszego wydestylować. No i najważniejsze to dom hazardu, gdzie na zapleczu mieszkało kilka miłośniczek trollej jurności.

Tak wieść niosła, a im bardziej się zbliżali tym częściej o smoku kościstym słyszeli. Gdzieniegdzie nawet ślady jego bytności można było dostrzec. A to stado owieczek przetrzebione, a te co ocalały to z takie wystraszone, że zamiast mleka gotowe oscypki dawały. A to brak dziewic, bo żadna nie chciała zostać tą ostatnią. W efekcie smokowi stare panny podrzucano miast dziewic, bo nie było skąd brać. Kilku dziewicom sami życie ocalili, od wianków je uwalniając ochoczo. Zawsze bowiem pęd do ratowania dziewic przed smoczymi zapędami, mieli okrutny. Koniec końców jak już cały kontynent obeszli i nie było jak dłużej udawać że im się spieszy, wsiedli na statek do Przystani Żołdaków płynący.

Gdy już dopłynęli okazało się że po prawdzie to ona się Przystań Żebraków nazywa i wcale nazwa niewłaściwą nie jest. Do smoka był cały kawał drogi. Na południu gniazdował, a port na samiuśkiej północy postawili, ot nieżyczliwość ludzka. Na początek na kiermasz z uzbrojeniem wstąpili, a czego nie kupili to u zbrojmistrza zostało na nich przerobione i dopasowane. Kupić po prawdzie to już nie mieli za co, bo po drodze Dom Hazardu jakiś złośliwiec postawił… No a na smoka bez porządnej maczugi albo młota iść nie pasuje. Potem droga ich zaprowadziła trochę na wschód gdzie cudnej urody niewiasta zatrzymała ich na noc, a rano wdzięczna za ich opiekę dała na drogę trochę przedniej jakości eliksirów i maści. Pokazała im najkrótszą drogę przez Borsucze Góry za którymi zatrzymali się na kilka dni z gorzelnikiem degustacji dokonując. Nie całkiem po jego woli to było, ale jego sprawa. Wolał się przyglądać związany niż pić razem… Wzięli ze sobą słuszny zapas trunków, a znane musiały być w całej okolicy bo płaszcze po drodze kupili i tarcze przedniej jakości, wszędzie płynną monetą płacąc. Bo obaj z uczciwości byli znani i jak mieli czym, to płacili całkiem chętnie. Na koniec dotarli do lichwiarza, co to nowomodnie, bankierem się nazywał. Uzgodnili z nim wypłatę na wypadek gdyby smoka ubili i ruszyli do boju.

Na miejscu polana ogromna, za nią bór stu albo i więcej letni. Z Boru wystaje kawał smoka, w sumie to od razu zrozumieli dlaczego go kościstym nazywają, w rzeczy samej skóra i kości, taka przemiana materii widać, pomyśleli z zazdrością. Na tej polanie mocno już wydeptanej wcześniejszymi potyczkami, rząd rycerzy wszelkiej maści. Krasnolud kurduplasty i krępy w sobie. Oczyma łypał na wszystkie strony i burczał coś pod nosem - Yarpen Cudakić go zwali. Za nim stał długi i wiotki jak ubity wąż, elfi wojownik – Kundan mówili o nim z szacunkiem pozostali. Elfia piękność co bardziej na przekupkę niż wojowniczkę wyglądała – Matryszka. Wielu innych się tam jeszcze tłoczyło, jeden zapisy prowadził i kolejki pilnował, drugi przyjmował zakłady ile kto smokowi ustoi, kobitka niepozorna jakaś, mieszki rzezała ukradkiem, Panna jak Nikt piękna stała na stołeczku i dała się podziwiać. Ot jarmarczny tłum jaki na każdym smokobiciu można było spotkać.

Rycerze co tam stali, mocno już byli poobijani, i na zmianę smoka ukłuć próbowali, głównie łukami, kilku poważniejszym orężem, smok co prawda mocno już był zmęczony, ale ran wielu nie odniósł i prezentował się całkiem zdrowo. Bohaterowie nasi popatrzyli na to towarzystwo, na smoka, na smokobijców, popatrzyli po sobie… i ruszyli do boju. Gdzie im tam czekać w kolejce, czas marnować i nudzić się, jak kolejne wyzwania czekają. Uraaaaa krzyknęli i ruszyli bić kolejkę. Rycerstwo nie dość że mocno już obite, to jeszcze zaskoczone, długo oporu nie stawiało. Wszyscy wymienieni i kilku obiboków mocnych w gębie jak Marysiacci i Chłopiec z piekieł, zostali związani i grzecznie usadzeni pod dębem. Tak się skończyła bitwa pod smokiem i można było do właściwego smokobicia przystąpić.

A smokobicie to nie są przelewki, dla pierwszego lepszego łapserdaka dostępne, Baryłko i Paproch mieli swoją taktykę którą sprawdzili na wielu smoczych egzemplarzach. Baryłko pierwszy wychodził na pole i urągał smoczysku ile miał siły w płucach a konceptu w głowie. A to go zwyzywał od szkieletorów fafluśnych, przyganił mu że skrzydła ma pokraczne, że ślepia kaprawe i zęby śmierdzące, dopiero jak mu wygarnął że przyrodzenie ma jak królik – poskutkowało. Takiej obrazy smok płazem puścić nie mógł. Ruszył tedy za Baryłką a ten uciekać zaczął dookoła dębu co to na polanie rósł wieków kilka. Smok za nim a Baryłko tak zasuwał - że gdyby miesiąc wcześniej to by go na olimpiadę wzięli, bo minima wyrabiał spokojnie. Po kilku kółkach nagle przykucnął i z krzaka wybiegł Paproch, podobnie niekształtny i paskudny, to smok nie zauważył zmiany i gonił dalej. Taką to taktykę mieli nasi smokobójcy. Zmienili się jeszcze kilka razy, a biedny smok padł bez dechu ze zmęczenia. Wtedy szybko podskoczyli obaj, krwi mu jeszcze upuścili żeby do siebie nie doszedł i ogłosili swój tryumf.

Może to i nie całkiem było na rycerską modłę, może trochę smoka żal. Ale cel uświęca środki a rycerze to kmiotki takie życiowe motto zawsze trollom przyświecało i z takim na ustach a nagrodą w sakwach poszli dalej. Podobno na sąsiedniej Maeterii jakieś smoki są do ubicia…

Plenti


Smoki Maeterii 2008-2012 All Rights Reserved
Design by WasinArt.pl