Bitwa pod Górami Smoczymi

- Czy trolle wciąż koczują w warowni? - spytał Sir Jormundr, generał armii Lwa.

- Tak mój panie. Nie brak im jedzenia, a ich wojownicy są coraz bardziej nabuzowani. Ich Wódz Demerothr planuje atak . – odpowiedział Seth głównodowodzący wywiadu armii.

- Nasi żołdacy nie zdołają ich odeprzeć… walcząc na otwartym polu trolle wybiją naszą armie w pień. – myślał głośno główny taktyk Sir Rodney. – Trzeba zbudować barykady… rozkażę naszym ludziom zacząć ścinać drzewa. – dodał po chwili.

- Dobrze Rodneyu. Ja w tym czasie zrobię obchód. Seth dowiedz się ilu Łamaczy Zaklęć mają trolle. Muszę przygotować magów. – powiedział Jormundr – Tak jest Generale. – Seth szybko wyszedł z namiotu.

- Ja też pójdę przyjacielu. Musimy prędko zająć się barykadami. – powiedział Rodney generałowi. W pokoju został tylko zamyślony Jormundr. Generał wstał i podniósł pas do którego przypięty był miecz. – Czas ruszać, nie mogę dać wygrać tej wojny bezmózgim trollom.

Bran właśnie kończył szlifować swój nowy miecz. Uczył się sztuki kowalstwa u jednego
z lepszych mistrzów, pracuje u niego jako czeladnik od trzech wiosen, przez ten czas nauczył się wiele, ale mistrz wciąż ma mu do przekazania ogrom wiedzy, mieczem który teraz wykonał Bran nie powstydził by się żaden kowal. Stal odbijała światło płomieni paleniska. Pot spływał po ciele Brana. W jego oczach widać było dumę. W swoich rękach trzymał broń doskonałą. Zamówił ją sam główny taktyk, Sir Rodney. Na mieczu widać było kunsztowne zdobienia. Czarna perła w rękojeści otoczyła miecz ciemną aurą. Wykonano go ze smoczej stali, najcenniejszego stopu metali jaki jest możliwy do wykonania. Bran zamachnął się mieczem parę razy. – Cudo… - powiedział. Podszedł do niego jego mistrz. - Piękny miecz mój uczniu. Nie zmarnowałeś szansy jaką ci dałem, myślę że Rodney będzie zadowolony. – Bran spojrzał na mistrza – Dziękuje za te słowa. Starałem się jak mogłem, przelałem w niego całe moje serce… - Bran westchnął zapatrzony w miecz. – Z trudem się z nim rozstanę. Mistrz spojrzał na drogę pomiędzy namiotami. – O wilku mowa. Przygotuj się Bran. - uczeń szybko wypolerował miecz. Zza namiotu wyłoniła się potężna sylwetka. Był to sam główny taktyk ubrany w czerwony strój szlachcica. Zmierzał prosto do namiotu kowala, zmierzał po swój miecz. – Witaj Rob. – odezwał się Rodney. – Witam Sir Rodneyu. – odpowiedział kowal. – Czy mój miecz jest gotowy? – Zapytał się szlachcic. – Oczywiście. – kowal spojrzał na ucznia.
– Bran, podaj Sir Rodneyowi miecz. – młodzieniec wsunął miecz do pochwy i podał go taktykowi.

– Robiłem go wiele dni panie. Mam nadzieje że się ci spodoba. – Rodney wyciągnął miecz z pochwy i zamachnął się nim parę razy.

– Od kiedy robisz miecze dla królestwa Lwa? – taktyk spojrzał na Brana.

- Od czterech lat uczę się kowalstwa u mojego wielkiego mistrza. – powiedział.

– Jestem ci dłużny za zrobienie tego cudownego miecza. Czym mogę służyć? – powiedział Rodney.

Chłopaka zamurowało, nie wiedział co powiedzieć. – Ja sam nie wiem… - Bran zamyślił się. – Zawsze chciałem nauczyć się… walczyć. – spojrzał z nadzieją na taktyka.

– Więc chcesz abym został twoim nauczycielem? – Rodney spytał się.

– To byłby zaszczyt, panie. - odrzekł podekscytowany Bran.

– Hmm… - Rodney zamyślił się. – Zgodzę się… jeżeli twój mistrz też się zgodzi. – szlachcic spojrzał na kowala.

– Bran już dużo umie. Jest jednym z lepszych kowali w królestwie, co sam udowodnił. - Rob spojrzał na chłopaka. – Zgodzę się na to tuż po egzaminie na mistrza z którym chłopak nie będzie miał problemów. – Rob nie mógł uwierzyć. Serce chłopaka zaczęło bić mocniej. Zaczął spoglądać to na taktyka to na kowala. Energia go rozpierała. – Dziękuje wam... ja nie mogę uwierzyć. – chłopak podbiegł do mistrza i go przytulił. – Dziękuję… mistrzu. – chłopak zastygł w ramionach Roba. Kowal spojrzał na swojego ucznia. Na jego twarzy pojawił się uśmiech.

- Czy jesteśmy gotowi na przyjęcie trolli? – generał przechadzał się nerwowo po namiocie.

- Budowa barykad jest już na ukończeniu, ale jeśli trolle uderzą całym swoim impetem… - taktyk spojrzał na generała. – Musi zdarzyć się cud abyśmy wygrali. – generał usiadł na krześle. – Jak sprawuje się Rob? To już dwa tygodnie odkąd został twoim uczniem.

- Bardzo szybko się uczy, stał się zwinniejszy i zręczniejszy, myślę że pierwszy lepszy troll go nie zabije. – Rodney odwrócił się. Przez wejście do namiotu przemknęła się smukła sylwetka. Seth zadyszany zatrzymał się przed biurkiem generała. – Trolle... – Seth zakaszlał. – Trolle wyruszyły na wojnę! – generał zerwał się z krzesła i podszedł do strażnika przy namiocie. – Biegnij do sierżantów i zawołaj ich do mnie – żołnierz zerwał się. – Tak jest panie! – zawołał oddalając się. - Rodney rozłóż na stole mapę, musimy zaplanować obronę. – Jormundr spojrzał na Setha – Odpocznij. Dobrze się sprawiłeś. – Seth skinął głową i poszedł do swoich kwater.

Dwanaście osób rozprawiało w namiocie przez całą noc. Wszystko zostało zaplanowane.

Trolle znajdowały się dzień drogi od obozu, dwa oddziały łuczników wysłano na górę, żołnierzom rozdano ciężkie tarcze i mocne topory. Barykady wzmocniono metalowymi osłonami. Magowie stworzyli wielkie pole osłaniające ludzi. Wszyscy byli gotowi do walki. Bali się, ale czekali na wroga. Wiedzieli że zginą.

Rano rozbrzmiały rogi. Dostrzeżono wroga. Tysiące trolli stało naprzeciwko barykad.

Jeden rozkaz i zmiotą z ziemi cały obóz. Ludzie stanęli za barykadami. Zaczęli śpiewać pieśni o zwycięstwie, o odwadze, o śmierci. Trolle ruszyły, niektóre pchały się na przód. Pierwsza fala uderzyła w barykadę z całą śmiercionośną siłą. Większość barykad nie przetrzyma drugiego ataku. Pragnąc krwi trolle walczyły aż do utraty przytomności, nawet po utracie rąk kopały ,po utracie nóg gryzły , tak aż do śmierci. Pierwsza fala leżała martwo na ziemi, na której przelano hektolitry krwi. Ich oddziały zostały zdziesiątkowane, trzech dowódców nie żyło, trzecia część armii była martwa.

Wielki wódz rozkazał wszystkim trollom zaatakować, pierwsza fala zniszczyła większość armii lwa. Teraz trzeba tylko dobić pozostałych. Tysiące trolli ruszyło w dół zbocza.

Biegły po życie ludzi, po zwycięstwo. Lecz nagle coś przyćmiło słońce.

Wszystko działo się tak szybko. Z nieba nadleciał ogień. Trolle płonąc próbowały uciec jak najdalej od gorąca. Smok wylądował na ziemi. Impet uderzenia zwalił płonące ciała z nóg. Szczątki wielkiej armii teraz powoli gasły.

Czerwony jak ogień smok spoglądał na klęczącego wodza.

- Dlaczego teraz smoku ?

- Trolle uczyniły za dużo zła dla tej krainy. Ja, potężny stwórca, mityczny czerwony smok, stworzyciel ludzi, przeklinam twoją rasę. Nie pozwolę zniszczyć mojego dziecka. Po tych słowach smok spalił trolla swoim ogniem.

Bran przez całą bitwę stał przy taktyku. Teraz spoglądał na smoka. Jego łuski odbijały promienie słońca. Wielka sylwetka błyszczała. Tam gdzie stała armia trolli nie ma teraz żywej duszy. Spalono każdego kto wszedł w drogę smoka. Ludzie wiedzieli że to koniec walki.

Generał klęknął, jego armia również.

- Od dziś jesteśmy armią Smoka! – generał krzyknął z całej sił.

- Smok, smok, smok! – krzyczał tłum.

Wielki władca ognia spojrzał na ludzi. – Pamiętajcie o mnie, to ja, wasz stworzyciel, władca smoków. – stanął na tylnych łapach i zionął ogniem, ludzie zapamiętali ten obraz. Dzisiaj jest to godło wielkiego imperium smoka, krainy ludzi.

Bitwa ta zostanie zapamiętana przez rasę ludzką na wieki, jako symbol ich wyzwolenia.

Ciąg dalszy nastąpi…

Bran

Smoki Maeterii 2008-2012 All Rights Reserved
Design by WasinArt.pl