Bitwa pod Borsuczymi Wzgórzami


- Miłościwy Panie!!!!! Racz się obudzić!!! Orkowie szturmują nasz zamek!!!- Król popatrzył zaspanymi oczyma na swego zwiadowcę, który o świcie wtargnął do jego komnaty. - Jak to?!?!- zapytał podwładnego. - Przecież od ponad tysiąca lat żaden potwór nie ośmielił się zaatakować naszej twierdzy!!!- to rzekłszy władca wstał i pobiegł na mury. Przerażony, szybko dostrzegł zbliżające się szeregi trolli, orków i strzyg uzbrojonych w potężne maczugi . Każdy z agresorów miał na sobie klasyczną, skórzaną zbroję. Wszyscy byli pomalowani w budzące grozę niebiesko-czerwone barwy wojenne. . Władca natychmiast zwołał żołnierzy. -- Jak pewnie zauważyliście- rozpoczął przemowę - zbliżają się tu liczne wojska orków, trolli i innych wrogich kreatur. Musimy wysłać gońca do mistrza Smoczych Jeźdźców, Leoniasa w Mehas. Niech przyśle posiłki, które pomogą w zniszczeniu wspólnych wrogów. Śmiałek, który odważy się podjąć zadania dotarcia do naszego sojusznika, dostanie wygodną kwaterę na zamku, 4 000 sztuk złota oraz dobrego wierzchowca . Przez chwilę nikt się nie zgłaszał, jednak w końcu misję przyjął strażnik Cormac. Ten sam, który pierwszy poinformował króla o inwazji potworów. Jako drugi, zgłosił się zwiadowca Bane. –Dziękuję za odwagę. Idźcie razem i ubezpieczajcie się wzajemnie. Dotrzyjcie szczęśliwie do Mehas i przekażcie Leoniasowi ten list na dowód prawdziwości waszych słów.- To mówiąc król podał Cormacowi zapieczętowany zwój wraz z sygnetem. -Teraz wybierzcie sobie najlepsze konie i jedźcie co tchu. Mam wielką nadzieję, że dotrzecie do celu żywi. Niech was wspierają Bogowie.
Już wkrótce dwaj posłańcy mknęli po drodze. – Oby jak najszybciej udało nam się dotrzeć do Wielkiego Lasu.-rzucił Bane Niefortunnym byłoby rozbić obóz ledwie parę mil od zamku…

- Musimy jak najszybciej dotrzeć do portu- rzekł Cormac- Podobno nasz król może wytrzymać nawet cztery tygodnie oblężenia zamku, lecz mimo to trzeba jechać jak najszybciej.- To mówiąc strażnik przyspieszył konia.
Po niemal tygodniowej, głównie nocnej, jeździe, dotarli w końcu do słynnego yoboskiego portu . Próbowali zaokrętować się na jakiś statek kupiecki, jednak nikt nie chciał ich przyjąć. Zrezygnowani posłańcy postanowili udać się do karczmy , by przenocować . Kiedy weszli do karczmy, na ich widok zza ławy podniósł się starszy mężczyzna. –Kogóż to ja widzę?!?!- zawołał pełnym wzruszenia głosem- Wszak to Bane!! Dosiądź się do stolika ze swoim przyjacielem- zaprosił spotkany. –Nie wierzę własnym oczom!!-krzyknął Bane- Toż to mój brat Kane!!!! Nie śmiałem nawet marzyć o takim miłym spotkaniu… Kiedy usiedli, Kane zapytał wysłanników króla, co porabiają w porcie. –Musimy jakoś dostać się do Mehas. To sprawa życia lub śmierci-odpowiedział Cormac. –Może będę mógł wam jakoś pomóc…-Powiedział po wysłuchaniu ich historii, Kane.-Będzie to trudne, ale nie niemożliwe… Spotkajmy się jutro w południe na rynku.- To mówiąc nagle wstał i szybko wyszedł z karczmy. Zmęczeni ale i pełni nadziei Yobosczycy podeszli do właściciela i zamówili pokój . Po położeniu się w nim, natychmiast zasnęli. Następnego dnia w południe, zgodnie z umową, stawili się w umówionym miejscu . Chwilę później pojawił się Kane. Po powitaniu zaprowadził ich do portu i pokazał dostojny korab. Niezwykła uroda statku odjęła im mowę. -Zaraz odpływa, więc się pospieszcie- zostali ponagleni. Szybko weszli na trap i niemal natychmiast spotkali kapitana, który bez zbędnych wstępów pokazał, która kajuta należy do nich.
Ledwo rozpoczęła się podróż, nastał sztorm. Statkiem miotało na wszystkie strony. Góra - dół, góra - dół. W tej sytuacji trudno było nie nabawić się choroby morskiej. Podróż po rozhuśtanych falach trwała pięć dni . W końcu dotarli do Mehas. Najprawdziwiej byłoby powiedzieć, iż nabrzeże posłańcy właściwie wytoczyli się. Dłuższy czas leżeli czekając na moment, w którym ziemia przestanie wirować. Wreszcie wstali i skierowali się Kwatery Smoczych Jeźdźców. Początkowo strażnik nie chciał ich wpuścić, jednak zobaczył sygnet króla Yobos, szybko zmienił zdanie. Cormac próbował dopytać o drogę do siedziby Mistrza, usłyszał jednak, iż sami znajdą ją bez trudu. Pewnie nie potrafiliby tego wytłumaczyć, jednak faktycznie jakaś nieznana siła podpowiedziała im, którędy iść. I mimo, iż było to wielkie gmaszysko, wkrótce stanęli pod drzwiami Mistrza Leoniasa . Kiedy zastukali, te jakby się uchyliły. Zajrzeli do środka, i zobaczyli wysokiego białowłosego elfa siedzącego na macie na środku komnaty. Na jego kolanach spoczywał długi, połyskujący, czarny miecz. Gdy weszli, Leonias wstał i spojrzał na Cormaca i Bane’a pytającym lecz spokojnym wzrokiem.
–Przynosimy Ci, o Dostojny Mistrzu, wiadomość od króla Yobos-zaczął zwiadowca. Nasze królestwo zostało zaatakowane przez zjednoczone siły trolli, orków i strzyg. Czy zechciałbyś, Panie, pomóc nam w walce z nimi? - Oczywiście. To również i nasi wrogowie. - odparł Leonias. - Chodźcie za mną. Chciałbym, żebyście poznali moich dowódców. Musimy wszystko dokładnie zaplanować.-
Znów, jednak tym razem nie sami- szli przez niesamowite korytarze. Leonias szedł milcząc. Emanowała z niego wielka siła i spokój.
Wreszcie doszli do tej części Kwatery Głównej Smoczych Jeźdźców, gdzie mieścił się doskonale zagospodarowany sztab dowodzenia wszelkich bitew o kluczowym znaczeniu. Jego centrum stanowiła wielka, w tym momencie rzęsiście oświetlona sala, gdzie biesiadowało jednocześnie oddając się dyskusjom na tematy strategii Mehas, trzydziestu elfich mężczyzn. Ich stroje i sposób bycia wyraźnie wskazywały na to, iż była to arystokracja i sama góra dowództwa wyspy. Leonias przedstawił im posłańców, jednocześnie wyjawiając cel ich wizyty. Elfi dowódcy przyjęli Cormaca i Bane`a bardzo uprzejmie z trudem panując nad poruszeniem, jakie wywołały w zebranych w sali, informacje, które właśnie usłyszeli. Dla Yobosczyków bardzo miłe było to, że właściwie nikt nie dyskutował z pomysłem wsparcia broniącego swego zamku i ziem króla Yobos. Jedyna rozpatrywana gorąco kwestia dotyczyła nie CZY przystąpić do walki ale tego JAKĄ STRATEGIĘ przyjąć.
Ustalono, iż posłańcy nie wrócą do swego władcy sami, lecz już razem z posiłkami. Właściwie obaj zrozumieli tylko to bo treść dalszej dyskusji dotyczącej strategii walki była dla nich niejasna. Uczestniczyli w naradzie, jednak większość uwag związanych z uzbrojeniem i szczegółami ataku, była dla nich jak rozmowa w obcym języku.
Narada trwała parę godzin- wszak na więcej nie było czasu- należało ruszać bez zwłoki licząc na to, że nieprzyjacielska armia nie zgniotła jeszcze obrońców.
Posłowie i tak pełni byli obaw- pamiętali ile trwała ich własna podróż tutaj. A ile dopiero potrwa, gdy ruszą z wojskami uzbrojonymi dla stawienia czoła trollom i ich sprzymierzeńcom?!?
Dowódcy stopniowo odmeldowywali się Leoniasowi i udawali w kierunku błoni , które otaczały siedzibę sztabu. Wreszcie ostatni z nich pożegnał się z władcą ruszając do swych oddziałów. Przyszła pora i na nich. Leonias – po krótkiej nieobecności- pojawił się we wspaniałej zbroi. Wyglądał w niej- jeśli to tylko możliwe- jeszcze dostojniej. W jego zachowaniu nie widać było nawet cienia wahania, czy niepokoju.
Ruszyli.
Gdy wyszli na coś, co przypominało wielkie patio lub plac manewrów ogromnej armii, oczom posłów ukazał się niezwykły widok. Był on odpowiedzią na wszystkie wątpliwości dotyczące podróży, wyjaśnieniem tego, dlaczego wódz Mehas nie martwi się czasem dotarcia na miejsce bitwy oraz rozwikłaniem zagadki niejasnych rozważań strategicznych dowódców.
Oto w zwartym szyku stała przed nimi armia, która uzbrojona ( a może należy powiedzieć : wyposażona była) w niezwykły środek tak walki jak transportu- elfy siedziały na wielkiej smoczej eskadrze. Smoki były we wszystkich chyba kolorach tęczy i stanowiły- zgodnie z tym, co natychmiast zauważyli Yobosczycy, bo rzucało się to w oczy-doskonale wyszkoloną jednostkę transportowo- bojową. Tak dokładnie to były wśród nich takie, które-żmudnymi zapewne szkoleniami-zostały przystosowane do roli opancerzonych statków powietrznych i te, które służyły – obok przewozu ( ale to ich funkcja dodatkowa) konkretnie do walki. Wszystkie umiały pikować jak szanujące się wojska powietrzno- desantowe. I to ta funkcja- tak przydatna w zaistniałej sytuacji- miała stać się kluczową w przerzucie armii Mehas na tyły wroga w ciągu zaledwie kwadransa.
Co do pozostałych smoczych wojsk, to określenie roli poszczególnych - a zatem przynależności do formacji bojowej- możliwe stawało się natychmiast po przyjrzeniu się każdemu z nich. Bo każdy ze smoków miał jakieś specjalne przystosowania - a to uzyskany na drodze specjalnej hodowli miotacz ognistych kul ( artyleria), a to płetwiaste kończyny ( amfibie z funkcją inżynieryjną), a to podwozie o szczególnej odporności , czy wręcz całkowitej odporności na magiczne lub tradycyjne ładunki mogące się znaleźć na polu bitwy ( saperzy). Smoki w armii tej służyły też do celów rozpoznawczych i wywiadowczych ale tych akurat egzemplarzy Cormac i Bane wcale nie mogli dojrzeć, co potwierdzałoby w pełni ich unikalne umiejętności i zdolności Takie jednak z całą pewnością istniały i to one otwierały kolumnę w jakiej leciała cała armia Mehan. Ich właśnie zadaniem było to, by błyskawicznie i z możliwie dużej odległości ocenić sytuację, jaka panowała wokół obleganej yoboskiej twierdzy i przekazać te dane pozostałym formacjom. Odpowiadała za to z kolei smocza dywizja koordynująca działania wszystkich jednostek. Działała ona- jak i wszystkie pozostałe- bez zarzutu a nawet była szczególnym powodem do dumy mehańskich wojsk.
Nic więc dziwnego, że realia zostały przebadane i przetworzone na rozkazy dotyczące naniesienia zmian w szykach bojowych, w które armię ustawiono pierwotnie, jeszcze przy starcie z bazy.
A sytuacja nie wyglądała dobrze. Oddziały trolli zupełnie nieźle poradziły sobie z przełamaniem pierwszej linii umocnień zamku i właśnie zabierały się do pokonywania kolejnej bariery. Ostra się dzielnie lecz morale obrońców narażone było na stopniowy upadek wobec szeregu niewielkich, lecz konsekwentnie odnoszonych przez napastników sukcesów. Otoczeni stopniowo tracili nadzieję na nadejście pomocy a jednocześnie coraz bardziej zaglądało im w oczy widmo upadku fortecy pod zmasowanym atakiem wrogich sił.
Trolle atakowały od frontu- jak zwykle bez konkretnego planu- na oślep , za to z wielką zaciekłością i konsekwencją, która od zawsze była nieodłącznym elementem ich strategii. Znawcy widzieli w tym raczej upór i brak modyfikacji niezależnie od rozwoju sytuacji, niż konsekwencję, ważne jednak były coraz lepiej widoczne efekty w postaci wyrw w murach i ubytków w obrońcach.
Orki obstawiały flanki i choć nie mogły się na razie poszczycić tak znacznymi jak trolle sukcesami, to wszystko wydawało się już by tylko kwestią czasu.
Strzygi koncentrowały się na przygotowaniu magicznej bazy wszelkich działań. Tymczasem nie dawało to spektakularnych rezultatów, jednak to właśnie ten sektor działań najbardziej deprymował obrońców. Podłamani brakiem widoków na odsiecz, tracący już nadzieję na to, że jakakolwiek nadejdzie, wierzący raczej w zaginięcie posłów, niż w powodzenie ich misji Yobosczycy, byli owymi magicznymi zabiegami strzyg coraz mocniej zaniepokojeni. Mieli wrażenie, że czary zmniejszają ich i tak małe, i wciąż malejące, szanse na przełamanie złej passy.

Dokładnie zaplanowane ( wszystko odbyło się w powietrzu) lądowanie na tyłach wroga było bardzo efektowne. Gra barw smoczych statków powietrznych ( trudno znaleźć taki kolor, który w eskadrze tej nie był reprezentowany), precyzja lądowania, pełne zaskoczenie wroga i uszczęśliwienie coraz szczuplejszej grupy obrońców Yobos, którzy wylegli na mury- wszystko to stworzyło bardzo malowniczy obraz.
Z pewnością – obie strony miały tego świadomość- lądowanie mehańskiej smoczej armii – stało się przełomowym momentem dla tej bitwy i jej losów. Otworzyło bowiem jej nowy etap. Pod Borsuczymi Wzgórzami zaczęła się wreszcie toczyć bitwa. Nie był już tylko zaciekły atak najeźdźców twierdzy i jej ofiarna obrona ale otwarta, wielka walka.
A zdarzyć się jeszcze miało bardzo wiele…
cdn…


Brom21











Smoki Maeterii 2008-2012 All Rights Reserved
Design by WasinArt.pl